Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 listopada 2013

Kuroshitsuji vol. 13 - Yana Toboso






Tytuł: Kuroshitsuji vol. 13
Autor:Yana Toboso
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 194
Ocena: 6-/6




Dramatyczna sytuacja na pokładzie liniowca powoli się uspokaja. Ludzie, a przynajmniej ci, którym udało się przeżyć, wydostali się ze śmiertelnej pułapki wewnątrz statku i teraz, mając nadzieję na pomoc, rozsiadają się w szalupach ratunkowych. Niestety dla Ciela to nie koniec zadania, gdyż do jego obowiązków należy dokopanie się do samego serca całej tej masakry. Mając pewność, że Lizzie i Snake znajdują się w dobrych rękach powraca do wypełniania swoich obowiązków. Tak się jednak składa, że to nie koniec atrakcji, gdyż na scenie pojawia się Undertaker, który ujawnia kilka ze swoich niewątpliwie licznych tajemnic. Któż spodziewałby się takiego obrotu spraw? I nagle sytuacja znowu się zaognia, zaś niebezpieczeństwo kolejny raz staje się naprawdę poważne i nieuniknione. Dla naszego młodego hrabiego i jego demonicznego kamerdynera taniec śmierci trwa nadal.

Trzynasty tom Kuroshitsuji to nie akcja, ale przede wszystkim trzy naprawdę istotne i interesujące rewelacje, o których nie sposób nie wspomnieć, jako że razem tworzą całą fabułę tej części serii. Na samym początku autorka pozwala czytelnikowi na wgląd w psychikę oraz elementy przeszłości Elizabeth, która przecież zaskoczyła nas pod koniec poprzedniego tomu. Uciążliwa, słodka do zemdlenia i wiecznie uśmiechnięta „mała dziewczynka” okazuje się nie tylko utalentowana w dziedzinie szermierki. Ot, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Lizzie ma, bowiem swoje powodu by zachowywać się jak niewinne, słabe dziecko. Wszystkie podejmowane przez nią decyzje mają za zadanie pomoc Cielowi i idealne dopasowanie się do niego, nawet jeśli oznacza to, iż pannica utknie na zawsze w „ciele” dziewczynki. Podejrzewam, że po tym tomie nigdy już nie spojrzę na Elizabeth tak samo, jako że jej obraz naprawdę uległ ogromnej zmianie. To co dawniej irytowało, teraz nabrało sensu.

Niemniej jednak, prawdziwa twarz Lizzie to niewielkie zaskoczenie w porównaniu z tym, co szykuje dla nas Undertaker. Zawsze dziwaczny, trochę niepokojący i zakrawający na niegroźnego szaleńca przydatny człowieczek, okazuje się kimś zupełnie innym. Różnica między osobą, za którą mieliśmy go do tej pory, a jego prawdziwym obliczem jest kuriozalna. Czy można było się tego domyślić? Nie sądzę! Naprawdę trudno jest pisać o nim z jednoczesnym zachowaniem tajemnicy, by nie psuć lektury osobom, które jeszcze z tym tomem nie miały do czynienia. Zdradzę jednak, iż w tym tomie mamy okazję „zajrzeć pod grzywkę” naszego ekscentryka, a jest na co popatrzeć!

I w końcu, ostatnia ciekawostka tego tomu, czyli kolejne elementy wspólnej przeszłości Sebastiana i Ciela zostają ujawnione! Wprawdzie w sposób niecodzienny, trochę niepokojący i zapewne w najmniej odpowiednim momencie, ale przecież śmierć nie umawia się na wizytę z miesięcznym czy przynajmniej tygodniowym wyprzedzeniem. Czytelnik wie już doskonale, w jaki sposób młody Phantomhive wyrwał się z krwawej matni, w jakich okolicznościach po raz pierwszy zetknął się z Sebastianem. Teraz za to mamy okazję obserwować pierwsze kroki demonicznego kamerdynera w jego nowej roli, pierwsze wpadki, otrzymywane napomnienia, bury i spięcia na relacji pan-sługa. Bardzo interesujący jest również fakt, iż poznajemy niektóre opinie naszego demona na temat jego nowego pana. Sebastian z pewnością nie miał łatwego startu, kiedy ze wszystkich zabiedzonych i skrzywdzonych dzieci trafił akurat na Ciela. W tej sytuacji pojawia się pytanie. Jak można zakończyć tom w takim momencie?! To niehumanitarne!

W jaki sposób można więc podsumować trzynasty tom mangi Kuroshitsuji? Fantastyczny, zaskakujący i nieludzko zakończony! I jak tu wytrzymać do grudnia?!

wtorek, 19 listopada 2013

Toksyna - Jus Accardo




Tytuł: Toksyna
Autor: Jus Accardo
Wydawca: Dreams
Ilość stron: 416
Ocena: 5-/6




Kiedy w grę wchodzi ludzkie życie handel wymienny to czasami jedyny, choć nie najlepszy sposób na rozwiązanie problemu. Deznee Cross dowiaduje się o tym w najmniej odpowiednim momencie. Uzależniona od adrenaliny, nieposłuszna i pijana nie tylko miłością dziewczyna podejmuje ryzykowne wyzwanie wspięcia się na szczyt pokaźnego dźwigu. Wytrwałość, ośli upór i niezachwiana pewność siebie pozwalają jej dotrzeć do celu, gdzie czeka na nią słodka nagroda – ukochany mężczyzna, Kale. I wtedy właśnie wszechświat upomina się o spłatę długu. Na samym szczycie dźwigu okazuje się, że życie Kale'a kosztowało Dez jej zdolność fizycznego kontaktu z chłopakiem i teraz ból jest tak przejmujący, że dziewczyna ostatecznie traci równowagę. Przed niechybną śmiercią w wyniku upadku z wysokości ratuje ją Alex – zdrajca, niedoszły zabójca, były chłopak. To także on pomaga Dez wymknąć się dwóm psom gończym Denazen, kiedy ta nieroztropnie pakuje się w kłopoty. Niestety wysłani w pogoń za nią bliźniacy posiadają niecodzienne zdolności, a tym samym za ich sprawą po ciele Deznee zaczyna rozchodzić się śmiercionośna trucizna. Jakby mało było problemów, w chwili, gdy Dez jest zmuszona trzymać się z daleka od swojego ukochanego, na horyzoncie pojawia się atrakcyjna dziewczyna, która może dotykać Kale'a nie tracąc życia.

Dotyk ukazał czytelnikowi rozkwit uczucia między dwójką bohaterów, których losy w taki czy inny sposób były ze sobą splecione, zaś Toksyna jako drugi tom serii Denazen nie tylko zmusza zakochanych do pokonywania przeciwności losu, ale również kładzie ogromny nacisk na zazdrość, której nie sposób uniknąć w żadnym związku. To właśnie to niewątpliwie wyniszczające, obezwładniające uczucie stanowi emocjonalny trzon tej części powieści. Na uwagę zasługuje fakt, iż Jus Accardo nie przedstawia zazdrości jako bariery, która stanowi przeszkodę na drodze do szczęścia bohaterów, ani jako niewybaczalnego braku zaufania względem drugiej osoby. W Toksynie uczucie to jest w pełni akceptowane, choć na dłuższą metę niebezpieczne w skutkach i nie da się ukryć, że ma dwa niezwykle interesujące oblicza. Ot, z jednej strony przypomina walkę dwóch pokaźnych kogutów o kwokę, zaś z drugiej starcie dwóch zawziętych kwok o koguta. Podejrzewam, że czytelnicy, którzy mają już za sobą ten tom serii przychylą się do tego porównania, zaś cała reszta może przekonać się o jego trafności sięgając po Toksynę.

Podobnie jak miało to miejsce przy okazji pierwszej części, tak także i tym razem na uwagę zasługuje fakt widocznej i wyczuwalnej niewinności Kale'a. Chłopak będący śmiercionośną bronią, który ma na swoim koncie dziesiątki ludzkich żyć, w pełni uświadomiony seksualnie przez swoją dziewczynę bezustannie stanowi chodzące duże dziecko, które dopiero uczy się zasad rządzących światem. Kale bez wątpienia jest stuprocentowym mężczyzną, a jednak jest również nieporadny, niemal boleśnie szczery, bardzo ekspresyjny i wręcz słodki. To naprawdę godne podziwu, że autorka zdołała połączyć w sobie te dwa skrajnie różne oblicza w ciele jednej osoby. Tym bardziej, że, jak zauważa Dez, dla chłopaka świat pozbawiony jest odcieni szarości, istnieje tylko czerń i biel. Jaki w takim razie jest sam Kale skoro potrafi bez mrugnięcia okiem zabić człowieka, a zaraz potem z właściwą sobie prostolinijnością troszczyć się o swoją ukochaną?

Muszę przyznać, że w tym tomie z rozkoszą widziałabym więcej ojca głównej bohaterki, jako że jest on człowiekiem niezwykle interesującym ze względu na swoją oziębłość, bezwzględność, jak również swoistą subtelność wykonywanych ruchów. Można powiedzieć, iż Toksyna jest jego szachownicą, zaś bohaterowie pionkami, których ruchy przewiduje, bądź jest o nich informowany. W tym tomie posługując się dwójką Szóstek zagania niewygodne oraz pożądane osoby w kozi róg, bezustannie trzyma rękę na pulsie, bawi się sytuacją i innymi ludźmi. Za przykład może posłużyć fakt, iż w pełen finezji sposób posługuje się „ludzką trucizną”, na którą istnieje tylko jedno, równie „ludzkie” antidotum i bezustannie ma Szóstki za narzędzia czy zwierzęta. Tym samym jego osoba jest pełna pewnego niezrozumiałego czaru, a jednocześnie wzbudza nienawiść, więc nic dziwnego, że trochę mi go mało.

Jeśli zaś chodzi o akcję Toksyny to jest ona niewątpliwie ściśle powiązana z charakterem głównej bohaterki. Dez jest dziewczyną, która ceni sobie dobrą zabawę z odrobiną dreszczyku emocji, nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu, nie słucha dobrych rad i rozkazów. Nic więc dziwnego, że wszystkie dramaty i problemy tego tomu biorą swój początek właśnie z nieposłuszeństwa i imprez, na których dziewczyna jest obecna. Jest więc oczywiste, iż powieść obraca się w głównej mierze wokół szaleństwa i jego konsekwencji. Tym samym, szare myszki mogą czuć się nieswojo, ale osoby pełne życia na pewno odnajdą się w świecie Dez, gdzie zasady są po to by je łamać.

I tak, w Dotyku nasi bohaterowie szukali swojego miejsca w poplątanej rzeczywistości, kiedy ich świat obrócił się o 180o, a tym samym tom pełen był aktywności fizycznej, czystego ruchu. Toksyna jest z kolei przesiąknięta uczuciami, które w znacznym stopniu wychodzą na pierwszy plan. Historia przypomina tym samym kwiat, którego zapachem i kolorem są emocje, środkiem jest hotel Ginger, zaś płatki stanowią pojedyncze imprezy i inne wydarzenia. Obie części różnią się więc od siebie, ale także dopełniają. Tym bardziej, że w ramach bonusu autorka dorzuciła nam scenę widzianą z perspektywy Kale'a, a to niemal wymusza zadowolone mruczenie.

sobota, 2 listopada 2013

Pandora Hearts vol. 6 - Jun Mochizuki




Tytuł: Pandora Hearts vol. 6
Autor: Jun Mochizuki
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 182
Ocena: 6/6




Vincent Nightray pokazał, co sądzi o ludziach, kiedy zmusił Breaka do dokonania absurdalnego wyboru pomiędzy osłabioną trucizną panienką Sharon, a samolubnym pragnieniem poznania tajemnic tragedii w Sablier. Po raz kolejny udowodnił na co go stać, gdy postanowił rozkoszować się widokiem zdruzgotania na twarzy Breaka po śmierci dziewczyny, która nie miałaby szans na przeżycie, gdyby nie prostoduszna Echo. To dzięki niej Sharon dochodzi teraz do siebie pod okiem swojego wiernego, ekscentrycznego towarzysza. Tym czasem niepoprawny Oskar Vessalius pakuje Oza oraz Gilberta w kłopoty, zmuszając ich do włamania się do budynku Akademii Lutwidge, gdzie aktualnie kształci się Ada – słodka siostra Oza, której chłopak nie miał okazji zobaczyć odkąd powrócił z Otchłani. Powód całej tej afery jest banalnie prosty, tak się składa, że dziewczyna zakochała się w pewnym chłopcu, o którym jej wuj nie wie zupełnie nic i to wystarcza by doprowadzić Oskara do pasji. Nikt nie mógł jednak przewidzieć tego, że w Akademii pojawią się także inni nieproszeni goście, którzy pragną położyć swoje łapska na Ozie.

Ostatnio naprawdę wiele się działo, toteż w szósty tom Pandora Hearts wkrada się zbawienny i jakże niezbędny humor, który pozwala czytelnikowi odetchnąć po pierwszej porcji powagi i emocji, jak również zebrać siły przed kolejnymi kłopotami, jakie czekają na naszych bohaterów. Właśnie z tego powodu kolejny tom tej zachwycającej mangi przywodzić może na myśl kremówkę składającą się z dwóch warstw ciasta zamykających między sobą lekki, słodki środek. Nie ulega, bowiem wątpliwości, że wujaszek Oskar potrafi zapewnić niebanalną rozrywkę i skutecznie odciągnąć myśli od wszelkich poważnych kwestii. Zresztą, stary, brodaty cap w szkolnym mundurku to na pewno niecodzienny widok. Nie sposób zapomnieć także o żądzy mordu u starszego i młodszego Vessaliusa, kiedy w grę wchodzą uczucia słodkiej, niewinnej Ady. Biedny Gil staje się zwierzyną łowną z powodu jednego rumieńca dziewczyny i jej niepewnego spojrzenia. Ups? I w końcu, chociaż pełne niepewności i strachu, ponowne spotkanie Oza i Ady rozgrzewa serce i wywołuje uśmiech.

Nie sposób jednak zaprzeczyć, iż lwia część tego tomu skupia się na tematach niezwykle poważnych, chociaż dotyczących wybranych jednostek. Już na początku mamy okazję ujrzeć szlachetniejsze oblicze Breaka, który nie zastanawia się dwa razy, ale poświęca swoje pragnienia na rzecz ratowania swojej towarzyszki. Nie należy on może do najszczerszych osób, ale nie ulega wątpliwości, że zależy mu na Sharon. Zresztą, z wzajemnością, gdyż także ona jasno daje innym do zrozumienia, jak istotny jest dla niej Xerxes i jego dążenia. Oczywista staje się również bezwzględność Vincenta, który mimo słodkiego, niewinnego uśmiechu jest wilkiem w owczej skórze. Nic więc dziwnego, że jego miłość do brata wydaje się uczuciem człowieka obłąkanego i niebezpiecznego. I oto, zaledwie na początku tomu, pojawia się pierwsza warstwa ciasta na naszej kremówce.

Jeśli zaś chodzi o podstawę tego ciastka to stanowią ją nie wydarzenia tego tomu, ale temat kłótni między Ozem, a świeżo poznanym Elliotem. Przyznaję, że zawsze wyznawałam punkt widzenia młodego Vessaliusa, który uważa za szlachetne oddanie życia za innych, poświęcenie się dla dobra bliskich sobie osób. Tymczasem Elliot swoimi poglądami ukazuje zupełnie inne oblicze tego rodzaju bohaterstwa. Śmierć jest, bowiem łatwiejsza i mniej bolesna, niż życie ze świadomością utraty kogoś bliskiego, ona stanowi upragniony koniec, podczas gdy to osoby pozostawione na tym świecie zmuszone będą do dalszej samotnej walki. To właśnie ten sposób patrzenia na świat oraz szczera bezpośredniość, z jaką młody Nightray wbija swoje racje do głowy chłopaka, otwierają mu oczy, docierają do serca i pomagają w wykonaniu pierwszego kroku ku nowemu, odważniejszemu życiu.

I tym oto sposobem docieramy do podsumowania kolejnego już tomu mangi Pandora Hearts, która nie traci na efektowności, rozwoju akcji, jak również na przekazie, jaki ze sobą niesie. Czytelnik w dalszym ciągu otoczony jest tajemnicami i chociaż poznaje coraz lepiej przeszłość i wnętrze bohaterów, to nadal jest błądzącym w ciemności dzieckiem. Wewnętrzne dylematy i troski postaci nierzadko do nas przemawiają, zmuszają do zatrzymania się i zastanowienia nad pewnymi sprawami, a przecież historia niezmiennie i wytrwale rwie do przodu wciągając nas coraz bardziej. Tej mangi nigdy nie ma się dosyć.

środa, 30 października 2013

Kuroshitsuji vol. 12 - Yana Toboso




Tytuł: Kuroshitsuji vol. 12
Autor:Yana Toboso
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 194
Ocena: 5/6




Kiedy ożywiony przez Elitę Jutrzenki trup młodej kobiety zaczyna zabijać niewinnych, naiwnych ludzi, do akcji wkracza Ronald Knox – przesadnie entuzjastyczny Mroczny Żniwiarz. Jakkolwiek pomocny, jest także niezwykle uciążliwy, co zmusza Sebastiana i Ciela do rozdzielenia się. Niestety dochodzi do tego w możliwie najgorszym momencie, gdyż młody hrabia z pewnością potrzebuje swojego utalentowanego kamerdynera. Tak się mianowicie składa, że pokład Campanii pełen jest żądnych krwi, bezrozumnych bestii, które już rozpoczęły swoją masakryczną ucztę w przerażającym tempie zabijając pasażerów oraz załogę statku. Szalony eksperyment wymknął się całkowicie spod kontroli i teraz Ciel Phantomhive ma pełne ręce roboty dokładając wszelkich starań by ocalić nie tylko swoje życie, ale także swoją słodką narzeczoną. To jednak nie koniec atrakcji, jako że Campania płynie prosto na górę lodową, zaś na pokładzie pojawia się największa zmora Sebastiana.

O ile tom poprzedni był zaledwie przystawką dla fanów krwawych akcji z udziałem zombie, o tyle ten jest już daniem głównym, gdyż rubinowa posoka zalewa pokład statku, a ludzie umierają w męczarniach pożerani przez bezmyślne ożywione zwłoki. Naturalnie także zombie są licznie eliminowane przez garstkę co lepiej wyszkolonych jednostek, do których z pewnością warto zaliczyć naszego kamerdynera. Albowiem trafi nam się także okazja by rzucić okiem na istny taniec śmierci w wykonaniu Sebastiana. Prawdę mówiąc, dwunasty tom Kuroshitsuji należy chyba do najbardziej krwawych spośród wszystkich dotychczas wydanych, jako że tym razem wszelka brutalność nie wynika z szaleństwa, lojalności czy wdzięczności, jak miało to miejsce wcześniej, ale z czystej bezmyślności, której nie sposób nawet nazwać instynktem. Ta część serii naprawdę wymownie oddaje istotę istnienia zombie.

Nie ma wątpliwości, iż przy okazji tworzenia tego tomu Yana Toboso nawiązała bliską znajomość ze znanym każdemu, w mniejszym lub większym stopniu, filmem Titanic. Autorka bardzo wyraźnie podkreśla pewne wspólne dla filmu oraz tego epizodu mangi elementy – góra lodowa, rzut oka na bocianie gniazdo, panika ludzi z niższych pokładów pragnących wydostać się na górę, a nawet „romantyczna” scena na dziobie statku w wykonaniu wiadomego, odzianego na czerwono Żniwiarza oraz Ronalda. Cóż, w starciu między filmem, a mangą, Kuroshitsuji zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie i bije na głowę romansidło z Leonardo DiCaprio. W tej chwili aż chce się zacytować fragment serialu Supernatural:

Dean: Why did you un-sink the ship?
Balthazar: Oh, because I hated the movie.
Dean: What movie?
Balthazar: Exactly!

Pośród hektolitrów ludzkiej i trupiej krwi wylanych w tym tomie, autorka nie zapomniała o odrobinie szlachetnych uniesień i odwagi. Ciel prezentuje się nam jako wątły, ale niezwykle odważny rycerzyk, który za wszelką cenę pragnie dotrzymać obietnicy i chronić swoją uroczą narzeczoną, nawet jeśli wymaga to lekko brutalnych środków polegających na zdzieraniu z biedaczki ubrania. Niestety, szlachetna pobudki to za mało by wygrać przeciwko całej chordzie trupów. Sytuacja jest więc opłakana, a serce zatrzymuje się w piersi. I właśnie w tym momencie autorka postawiła na zaskoczenie. Ja na pewno nie spodziewałam się, że nasza zawsze niewinna i dziecinna Lizzie jest kimś więcej, niż tylko słodką upierdliwością na głowie Ciela.

Tak więc, dwunasty tom Kuroshitsuji na pewno rekompensuje czytelnikowi słabszą poprzednią część i wnosi do mangi interesujący element nowości, jaki widzimy w ostatniej scenie. Osobiście jestem wielką zwolenniczką zmiany, jaka wtedy zaszła, zaś pewna uciążliwa osóbka zyskała wiele w moich oczach. Nigdy bym nie pomyślała, że zachowanie Lizzie wypływa po prostu z miłości do Ciela, nie zaś z wrodzonej dziecinności. Poza tym, zadowoleni powinni być także miłośnicy Grella, który wraca po długim czasie nieobecności i wcale się nie zmienił. Oj, robi się ciekawie.

niedziela, 27 października 2013

Pandora Hearts vol. 5 - Jun Mochizuki




Tytuł: Pandora Hearts vol. 5
Autor: Jun Mochizuki
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 182
Ocena: 6/6




Starając się odnaleźć Alice, zupełnie niespodziewanie Oz przenosi się do świata utkanego z jej skrzętnie ukrywanych wspomnień dotyczących tragedii w Sablier. Otoczony krwią i zmasakrowanymi zwłokami chłopak brnie coraz głębiej w potworności, które miały miejsce sto lat wcześniej. To rodzi pytania, na które nie sposób odpowiedzieć. Jak to możliwe, że Alice była świadkiem tego wszystkiego? Co w jej wspomnieniach robi chłopiec do złudzenia przypominający małego Vincenta? Czy młody mężczyzna, którego Oz miał okazję poznać w swojej rzeczywistości miał coś wspólnego tą masakrą? A Gilbert? Czy i on przeżył to wszystko? Fakty odkrywane przed mody Vessaliusem powoli doprowadzają go na skraj obłędu i tylko Gil jest w stanie przywrócić chłopakowi rozum. W tym czasie Break i Cheshire są bez reszty pochłonięci swoją własną walką, a każdy z nich odnajduje w niej inny cel – zdobycie cennych wspomnień czy zabicie znienawidzonego przeciwnika. Krąg tajemnic wokół bohaterów zacieśnia się z każdą chwilą, a odpowiedzi wymykają się z ich rąk. Przeszłość kryje całą masę sekretów, a większość z nich bezsprzecznie wpływa na teraźniejszość.

Piąty tom Pandora Hearts otwiera przed czytelnikiem nowe drzwi, które do tej pory były zamknięte. Wraz z Ozem przenosimy się w miejsce krwawej masakry, o której do tej pory wiedzieliśmy stosunkowo niewiele. Teraz, kawałek po kawałku, pojawiają się nowe puzzle, które w dalszym ciągu nie łączą się z poprzednimi, jednak tworzą coraz to barwniejszy witraż zdarzeń, ludzi, pytań. Czytelnik wie, że wszystko to ma sens, wszystko jest ze sobą w pewien sposób powiązane, jednak nie może uchwycić obrazu całości, gdyż ten jeszcze nie istnieje. Pytania, które pojawiają się z każdym nowo okrytym faktem fascynują, dręczą, nie dają spokoju. To właśnie one zmieniają obraz bohaterów, których poznaliśmy do tej pory, wzmagają atmosferę tajemniczości, która ich otacza. Czytelnik uświadamia sobie z całą powagą, iż nie wie zupełnie nic o bliskich sobie postaciach.

Niezwykle interesującym motywem tego tomu są destrukcyjne myśli Oza, które rodzą się z potrzeby pomocy Alice oraz szoku, który wywołała zdobyta przez niego wiedza. Te same pragnienia kierują poczynaniami kota Cheshire, co czyni ich tak bardzo do siebie podobnymi, a zarazem zupełnie różnymi. Albowiem wsłuchujący się w głos zdrowego rozsądkiem młody Vessalius nigdy nie dążyłby do wyeliminowania największego lęku Alice, czyli jej samej i dopiero zamknięty w skorupie szaleństwa jest w stanie zniszczyć osobę, którą pragnie chronić. Co się zaś tyczy Cheshire, usiłuje on spełnić pragnienie Intencji Otchłani – istoty dla niego najcenniejszej – a tak się składa, że tym pragnieniem jest właśnie śmierć Alice. To nagromadzenie sprzecznych, ale w pewnym stopniu bliskich sobie emocji zespala uczucia pozytywne i negatywne czyniąc je jednym. Nie ulega wątpliwości, że taki klimat idealnie pasuje do mangi Pandora Hearts i nadaje jej jeszcze głębszego wyrazu.

Bardzo istotna w tym tomie jest również wiara we własną wartość, która w przypadku Oza została zachwiana już wiele lat wcześniej przez ojca, zaś teraz jest atakowana obecnością Jacka. Chłopak zdaje sobie sprawę z tego, że ujawnienie się „duszy-lokatora” drzemiącej w jego ciele zmienia całkowicie sposób, w jaki ludzie na niego patrzą. Dla większości nie liczy się Oz Vessalius, ale drzemiący w nim Jack. Prawdę mówiąc, wątpliwości dopadają młodzieńca nawet w kwestii przyjaźni najbliższych mu osób, co naprawdę dobrze oddają staranne kadry mangi. To jednak nie wszystko, gdyż w tej trudnej dla Oza sytuacji z pomocą przychodzi osoba, po której nigdy byśmy się tego nie spodziewali. Jak widać, w Pandora Hearts każdy bohater potrafi nas zaskoczyć.

Tak więc, piąty tom mangi Pandora Hearts jest równie emocjonujący, co poprzednie, a może nawet jeszcze bardziej niż one. Już od pierwszych stron manga pokazuje jak niewiele wiemy jeszcze o fascynującym świecie stworzonym przez Jun Mochizuki, jak wiele tajemnic kryje przed nami mangaka i jak trudno będzie nam samodzielnie powiązać fakty w całość. Jest to więc tytuł coraz bardziej wymagający i nietuzinkowy, a nade wszystko, godny polecenia każdemu, kto jeszcze się mu opiera.

czwartek, 24 października 2013

Śnieg w czerwcu - Demon Lionka




Tytuł: Śnieg w czerwcu
Autor: Demon Lionka
Wydawca: The Cold Desire
Ilość stron: 155
Ocena: 5+/6




Gabriel Shelley jest świeżo upieczonym nauczycielem matematyki, który mając do wyboru bezrobocie bądź użeranie się z matematycznie niepełnosprawnymi uczniami liceum, wybrał słabo płatną fuchę psora. Jak się jednak okazuje, los uśmiechnął się do niego w dosyć przewrotny sposób, gdyż to właśnie pośród uczniów maturalnej klasy polonistycznej, Gabriel odnalazł miłość swojego życia, Krzysztofa Lewandowskiego – atrakcyjnego metala o zielonych oczętach. Pozwalając sobie na odrobinę egoizmu, młody nauczyciel postanawia udzielać wymarzonemu ideałowi korepetycji ze swojego przedmiotu, co skutkuje spełnieniem marzeń.
Zakochani w sobie bez pamięci młodzi mężczyźni rozpoczynają wspólne życie wraz z ukończeniem przez Krzyśka liceum oraz rozpoczęciem studiów na Politechnice. Ich pożycie cechują sielankowa atmosfera i ogólna harmonia, które zostają zakłócone odwiedzinami matki Gabriela. Tak się składa, że poza dwoma braćmi mężczyzny nikt w rodzinie nie wie o jego seksualnych preferencjach i tak mogłoby pozostać, jednakże Gabryś postanawia wyjść w końcu z szafy i przyznać się do swojego homoseksualizmu. Przeprawa z matką nie zapowiada niestety końca większych oraz mniejszych problemów. Rodzeństwo Shelley oraz Krzysiek mają przed sobą długie miesiące nieustępliwej zimy i skrajnie różnych przeżyć.

Śnieg w czerwcu to stosunkowo krótka lektura, która swoją pierwszą młodość przeżywała wiele lat temu jako opowiadanie publikowane w sieci, zaś teraz zaktualizowana oraz wzbogacona o drobne bonusy powróciła do życia w formie powieści. Nie można zaprzeczyć, iż tę lekką, zabawną i idealną na chandrę historię czyta się szybko i z najprawdziwszą przyjemnością. Co więcej, mimo iż nie jestem w tej dziedzinie ekspertem, odnoszę wrażenie, iż Śnieg w czerwcu jest pozycją, która wręcz idealnie nadaje się do stworzenia na jej podstawie mangi. Podczas czytania bez przeszkód możemy wyobrazić sobie szczegółowo wszystkie wydarzenia, niemal widzimy miejsca, w których rozgrywa się akcja, jak również mamy okazję poznać uczucia bohaterów, które sprecyzowane są jasno i klarownie, co na pewno ułatwiłoby pracę rysownikowi. W takich chwilach naprawdę żałuję, że jestem artystycznym beztalenciem!

Gusta literackie są tak różne, jak różni się ludzie i z pewnością nie sposób zadowolić każdego. Jedni wolą łzawe dramaty, inni poszukują po prostu ostrych scen łóżkowych czy incestu. Osobiście jestem wieloletnią, zagorzałą zwolenniczką wszelkich romansów, w których pojawia się motyw uczucia pomiędzy uczniem i nauczycielem, zaś różnica wieku między kochankami jest większa niż kilka miesięcy, czy niespełna dwa lata. Nie skłamię jeśli stwierdzę, że Śnieg w czerwcu w pełni zaspokaja właśnie te z moich małych „zboczeń”. Jeśli dodać do tego moje niezdrowe uwielbienie dla metali, które obrało sobie za cel zaślinienia postać Krzyśka, nie ma chyba żadnych wątpliwości, co do mojej opinii na temat tej powieści.

Co więcej, jestem osobą, która do literatury podchodzi bardziej uczuciowo niż do prawdziwego życia, toteż w pozycjach boys love przykładam ogromną wagę do słodyczy, romantyzmu oraz minimalizacji dramatu. I tym razem powieść okazała się strzałem w dziesiątkę, gdyż na brak wywołujących zadowolone mruczenie scen nie mogłam narzekać. W przypadku tej pozycji do listy zalet z czystym sumieniem mogę dopisać również dowcip, który pozwolił mi zapomnieć o wszystkich udrękach życia studenckiego, jako że Śnieg w czerwcu to masa dobrego, prostego humoru, który potrąca dokładnie te struny, które powinien. Krótko mówiąc, powieść ta naładowana jest pozytywną energią i z całą pewnością stanowi dobry lek na chandrę, chociaż należy wspomnieć, iż w pewnym momencie autorka z premedytacją zatrzymuje akcję serca czytelnika!

Niemniej jednak, muszę także ponarzekać. Mało mi! Śnieg w czerwcu powinien być stanowczo dłuższy, jako że jest miodem dla duszy i serca. Pod wpływem tej lektury problemy przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, zaś świat wydaje się miejscem zdecydowanie weselszym. Może jestem nudziarzem, ale książki takie jak ta mogę czytać w nieskończoność! Tak, uwielbiam słodycze w każdej formie, także tej papierowej. I właśnie dlatego chcę więcej, więcej, więcej!

wtorek, 22 października 2013

Kuroshitsuji vol. 11 - Yana Toboso




Tytuł: Kuroshitsuji vol. 11
Autor:Yana Toboso
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 194
Ocena: 4+/6




Skoro nie jest już tajemnicą, że Sebastian Michaelis żyje i ma się świetnie, nadszedł czas na szczegółowe wyjaśnienia, które na pewno należą się ciekawskiemu i niezwykle domyślnemu debiutującemu pisarzowi oraz samym czytelnikom. Tak się, bowiem składa, że za dokonanymi w posiadłości Phantomhive morderstwami stoi osoba, której wina może zaskakiwać, zaś obecność nie jest jednoznaczna. Bo czy można winić nóż za to, że wbija się w ciało? Czyż winą nie powinno obarczać się osoby dzierżącej narzędzie zbrodni? W tym wypadku polecenie wydano jednak u samego szczytu tego angielskiego „łańcucha pokarmowego”, a tym samym pojęcie sprawiedliwości nie ma z tą sprawą nic wspólnego.
Niestety, nie ma co liczyć na chwilę spokoju. Sabastian ledwie zdążył w „cudowny sposób” zmartwychwstać i wydostać się cały i zdrów ze swojego grobu, a już ma pełne ręce roboty. Londyn obiega informacja o przywracaniu do życia zmarłych. Jak widać, nasz kamerdyner nie był wcale taki oryginalny, jak początkowo mogło się wydawać, zaś Pies Królowej musi trochę powęszyć.

Jedenasty tom mangi Kuroshitsuji jest mostem, który łączy ze sobą nie tylko koniec epizodu cluedo oraz początek zupełnie innego, ale również dobrze wpisuje się w wiktoriański klimat tego tytułu oraz współczesne zamiłowanie do bardzo wyjątkowego, chociaż niezrozumiałego dla mnie szału na zombie. Zacznijmy jednak od początku.

Tym razem autorka pozwala nam spojrzeć na Sebastiana pod zupełnie innym kontem. Choć w dalszym ciągu niezmordowany i perfekcyjny, nasz demoniczny kamerdyner obnaża przed czytelnikiem kawałek siebie. Widzimy, bowiem jak wyłazi ze skóry by doprowadzić do końca sprawę morderstw popełnianych w posiadłości, stara się wodzić za nos wszystkich w około, ulega słabości do kotów, a jednocześnie wypełnia polecenia swojego pana. Niepokonany demon niejednokrotnie był o włos od klęski. To interesujące, gdyż pozwala wierzyć, że w pewnym momencie nawet jemu może podwinąć się noga, jeśli taka będzie wola autorki.

Yana Toboso wprowadza także „nową, ale starą” postać, która najprawdopodobniej będzie towarzyszyć Cielowi przez najbliższe tomy. Ten niebezpieczny, ale naprawdę rozkoszny i niewinny bohater z całą pewnością ubarwia jedenasty tom i sprawia, że młody panicz Phantomhive wydaje się zdecydowanie bardziej uczuciowy niż dotychczas. Niemniej jednak, cała ta relacja pomiędzy Cielem, a jego nowym lokajem oparta jest kłamstwie. Czy na takim niepewnym fundamencie uda się zbudować przyjaźń, która przetrwałaby ujawnienie prawdy? Tego na pewno chciałabym się dowiedzieć.

W tym miejscu warto także wspomnieć o rodzinie Midfordów, jako że rodzice oraz brat Lizzy to zaskakująca mieszanka. Tego raczej nikt się nie spodziewał, a szczęka sama opada, kiedy ma się z nimi do czynienia. Nie da się zaprzeczyć, iż energii i charakteru im nie brakuje, a Ciel zasłużył na odrobinę cierpienia w ich towarzystwie.

Co się zaś tyczy nowego epizodu, który mamy okazję liznąć już teraz, jest on połączeniem wspominanego przeze mnie motywu zombie oraz Frankensteina. Nie chodzi tu jedynie o szwy widoczne na ciałach zmarłych, które jednoznacznie przypominają nam o ekranizacjach powieści Mary Shelly, ale o sam motyw pobudzania ciała do życia elektrycznością, który jest ściśle związany z epoką, w jakiej rozgrywa się nasza historia, jak również z samą powieścią. Albowiem wnikliwy czytelnik na pewno dostrzeże we Frankensteinie mniejsze, bądź większe podpowiedzi dotyczące sposobu, w jaki ożywiono mściwego, samotnego potwora. Niemniej jednak, w przypadku Kuroshitsuji nie możemy raczej mówić o inteligencji żywych trupów.

Kilka słów podsumowania. Jedenasty tom Kuroshitsuji bez wątpienia jest interesujący i niezbędny, momentami słodki oraz zabawny, jednak na tle poprzednich wypada tylko dobrze. Może wiąże się to z nazbyt szybkim rozpoczęciem nowej przygody, a może z czymś zupełnie innym – ciężko powiedzieć. Nie zmienia to jednak faktu, że mangę pani Toboso darzę szczerą sympatią i zamierzam być jej wierną do samego końca – kiedykolwiek on nastąpi.

niedziela, 20 października 2013

Gniew króla - Fiona McIntosh



Tytuł: Gniew króla
Autor: Fiona McIntosh
Seria: Trylogia Valisarów
Wydawca: Galeria Książki
Ilość stron: 656
Ocena: -6/6







Kiedy Evie decydowała się na szalony skok, ukryta w opiekuńczych ramionach przyjaciela, nie miała pojęcia, że zdoła przeżyć upadek z dachu szpitala. Pokładając zaufanie w mężczyźnie uważanemu przez większość osób za szalonego, ląduje w miejscu zupełnie sobie nieznanym, kłócącym się z jej przekonaniami i nauką, na której opierała swoje poznanie. Co więcej, młoda pani doktor zmuszona zostaje do zaakceptowania prawdy o swoim pochodzeniu oraz posiadanej magicznej mocy. Nie jest ona jednak jedynym Valisarem, który musi pogodzić się ze zdobytą niespodziewanie wiedzą. Leo i jego przyjaciele z trudem potrafią uwierzyć w wyznanie Loethara. Jak to, bowiem możliwe, że w żyłach barbarzyńskiego imperatora, który brutalną siłą zdobył tron, płynie błękitna krew znamienitego i potężnego rodu? Nowe odkrycie rodzi coraz więcej pytań. Czy Loethar może być nazwany bękartem i czy Leo naprawdę ma prawo do objęcia władzy? Zresztą, nie mniejszy szok wywołała wiadomość o magicznych zdolnościach Kilta Farisa, które ten przez dziesięć lat ukrywał przed Leonelem. Na domiar złego, niezwyciężony dzięki mocy patrona Piven staje się z każdą chwilą coraz bardziej ambitny, co zapewne wielu będzie musiało przypłacić życiem i bynajmniej nie tylko Valisarowie mogą czuć się zagrożeni.

Gniew króla jest ostatnim tomem naprawdę zasługującej na uwagę Trylogii Valisarów, której pierwsza część pojawiła się na naszym rynku zaledwie w lutym tego roku. I tak, po upływie niespełna ośmiu miesięcy, czytelnikowi przychodzi pożegnać się z pełnym emocji i uczuć światem, który przyspiesza bicie serca, wzrusza do łez i nie pozwala o sobie zapomnieć. Osobiście z rozkoszą czytałabym w nieskończoność serię Fiony McIntosh i zachwycała się nią bezustannie, albowiem już Królewski wybraniec rozkochał mnie w tej trylogii, zaś Krew tyrana zniewoliła. Tymczasem Gniew króla nie tylko stanowi znakomite zakończenie przygody, ale również kusi i zachęca do ponownego sięgnięcia po całość serii.

Temat postaci tworzonych przez Fionę McIntosh poruszyłam przy okazji recenzji pierwszego tomu, jednakże nie sposób do niego nie powrócić, kiedy w grę wchodzi ostatnia część trylogii. Tym razem czytelnik ma, bowiem okazję jeszcze dokładniej przyjrzeć się znanym sobie bohaterom. Jak się okazuje, nic nie jest już takie, jakim zdawało się na początku, zaś skomplikowana psychika postaci czyni z nich zagadkę, niespodziankę, a także chodzącą bombę zegarową. Magia Valisarów oraz wierność ideom są jak rak, który atakuje zdrowe tkanki rozprzestrzeniając się i zbliżając człowieka ku upadkowi. Wewnętrzne, osobiste przekonania zmuszają do walki z samym sobą, podejmowania trudnych decyzji, czynią wrogów z przyjaciół. To, co mogło wydawać się do niedawna oczywiste, nagle staje się niejasne, a nawet błędne. Obrana pod wpływem impulsu droga może prowadzić do zwycięstwa bądź klęski, może ubogacać lub ściągać w dół. Białe – czarne; dobry – zły; miłość – nienawiść; radość – smutek. Granice zaczynają się zacierać, drogi się krzyżują, zaś ostateczny koniec może oznaczać wszystko.

Gniew króla ukazuje czytelnikowi drogę, jaką młodzi bohaterowie musieli pokonać, by ostatecznie dorosnąć do brutalności, bezwzględności, braku wrażliwości na cudzy ból, czy przelaną krew. Wspomnienia, zdobywana przez lata wiedza i zadziwiająca sprawność psychiczna sprawiają, że słodkie dziecko staje się tyranem, który bawi się ludzkim życiem, nie szanuje go, nie rozumie jego znaczenia. Szlachetny, dobrze wychowany chłopak pielęgnujący w sobie nienawiść i masakryczne obrazy z dzieciństwa, stacza się w mroczne otchłanie własnej duszy, nie dostrzega już światła, ale żyje wręcz szaleńczym pragnieniem zaspokojenia swoich zgubnych pragnień. W taki sposób rodzą się pytania. Czy winą za zmiany, jakie zachodzą w młodzieńcach należy obarczyć magię Valisarów, czy może wiążą się one z krwawymi wydarzeniami, których świadkami byli chłopcy? Jak to możliwe, że wychowywani w środowisku pełnym pozytywnych uczuć i czułości bracia stają się szaleni w swojej żądzy? Jak się okazuje, tym razem to bardziej dojrzali bohaterowie mają w sobie większą wrażliwość na zło, to oni starają się powstrzymać krwawą jatkę i do pewnego stopnia potrafią zapanować nad swoimi gwałtownymi uczuciami.

Trzeci tom trylogii przedstawia również różnice między postrzeganiem wartości życia dawniej i dziś. Poprzez wprowadzenie do historii świata współczesnego czytelnikowi, autorka podkreśla przepaść, która dzieli go od fantastycznego, średniowiecznego uniwersum, kierującego się zupełnie innymi zasadami. Dzięki Evie widoczne staje się to, nad czym raczej rzadko się zastanawiamy. Nasza rzeczywistość, chociaż często godna pożałowania, kieruje się jednak zasadami szacunku dla ludzkiego życia. Tym czasem świat fantastyki, oparty na zasadach sprzed wieków, stawia honor ponad człowiekiem. A jednak, w tym kontekście można pokusić się o stwierdzenie, iż w Imperium traktuje się osobistą vendettę jak coś mniej istotnego, niż wojna, czy też atak na zdecydowanie większą liczbę osób, które wywołują głośniejszy sprzeciw. Zupełnie inaczej wygląda to w rzeczywistości otaczającej czytelnika, w której wychowała się Evie. Tutaj śmierć pojedynczej osoby traktuje się jako przestępstwo, zaś zabijanie ludzi na wojnie wydaje się elementem życia codziennego.

Powieść Fiony McIntosh niesie ze sobą również temat bardzo istotnych przeciwności jak samotności oraz miłość. Dobrze nam znani bohaterowie, z którymi mamy do czynienia w tym tomie, przerażająco wyraźnie zdają sobie sprawę ze swojego odosobnienia – zarówno wewnętrznego, jak i zewnętrznego. Każdy z nich posiada swoje własne demony, które dochodzą w pewnym momencie do głosu i sprawiają, iż nawet otoczeni przez ludzi czują się samotni, nieszczęśliwi. Brakuje im zrozumienia, psychicznej więzi z drugą osobą. Jednocześnie niektórzy są w stanie odnaleźć spokój właśnie w miłości, która zapełnia ziejącą mrokiem pustkę, leczy rany, prowadzi do umysłowej stabilności. Niestety, niemożliwym jest odpędzenie samotności dręczącej każdego człowieka, toteż powieść zmusi do łez niejednego czytelnika.

Reasumując, Gniew króla to powieść po brzegi wypełniona emocjami i głębią, które przeplatają się z fantastyką świata przedstawionego, to zwrot o dobre sto osiemdziesiąt stopni w stosunku do tomu pierwszego, co sprawia, że niektóre elementy zakończenia naprawdę zaskakują i niemożliwym było ich przewidzenie. Autorka wykonała więc kawał dobrej roboty i nie mam wątpliwości, że kiedyś na pewno sięgnę po inne jej powieści. Czy jednak znajdzie się taka, która zdoła wybić się ponad Trylogię Valisarów? Nie ulega, bowiem wątpliwości, iż tę serię pokochałam całą sobą i będę do niej powracać wiele, wiele razy.