Pokazywanie postów oznaczonych etykietą supernatural. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą supernatural. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Test: Jaką mocą powinieneś władać? (Dar Julii)



Zastanawiałeś się kiedyś jakby to było posiadać moc, która odróżnia Cię od innych ludzi? Umiejętność teleportacji, czytanie w myślach, niesamowita prędkość, lewitacja... Można wymieniać i wymieniać, a wybór staje się coraz bardziej skomplikowany. Uprośćmy go więc!

Rozwiąż test i sprawdź jaką nadprzyrodzoną mocą z „Daru Julii” powinieneś władać!

sobota, 14 grudnia 2013

PODSUMOWANIE ROKU 2013: SERIALE

Do końca roku jest jeszcze trochę czas, ale już teraz postanowiłam rzucić małym podsumowaniem, które w mniejszym bądź większym stopniu wpisuje się w literaturę – SERIALE.

SERIAL ROKU 2013: GRIMM

sobota, 30 listopada 2013

Pet Shop of Horrors vol. 2 - Akino Matsuri




Tytuł: Pet Shop of Horrors vol. 2
Autor: Akino Matsuri
Wydawca: Taiga
Ilość stron: 218
Ocena: 6-/6




Klimatyczna, klasyczna kreska, inteligentne historie pełne głębi i emocji, fantastyczne, niebezpieczne stworzenia, bohaterowie, którzy zdobywają serca czytelników tajemniczością, charyzmą i wewnętrznym urokiem – oto druga odsłona „Pet Shop of Horrors”, naprawdę cudownej mangi, obok której nie sposób przejść obojętnie.

Święta lada dzień, chińska dzielnica rozbrzmiewa śpiewnym „Merry X’mas”, a więc najwyższy czas pomyśleć o wyjątkowym prezencie dla najbliższych. Starszy mężczyzna z zawiniątkiem w ramionach opuszcza właśnie sklep ze zwierzętami hrabiego D. Jego wnuki bez wątpienia będą szaleć z radości, kiedy zobaczą, co dla nich przyszykował. Tym czasem sceptyczny, uparty jak osioł policyjny detektyw, Leon Orcot, nawet w wigilię wpada do sklepu z niezapowiedzianą wizytą. Tak się składa, że w samą porę, gdyż oto okazuje się, że roztargniony hrabia sprzedał poczciwemu dziadkowi smocze jajo!
To jednak nie koniec opowiedzianych w tym tomie historii. Oto spotykamy drobnego złodziejaszka i hazardzistę bez grosza przy duszy, który przemoczony i pobity stara się pomóc małemu kociakowi najwyraźniej porzuconemu na ulicy. Tak się jednak składa, że po maliznę przychodzi sam hrabia D, a więc coś wisi w powietrzu.
Po „smoczym” nowym roku nasz znajomy detektyw również nie może narzekać na brak zajęć. W dzień swojego ślubu ginie niezwykle utalentowana piosenkarka, zaś Leo ma wątpliwą przyjemność pracować nad tą sprawą. Mało tego, śledząc hrabiego D, podczas jego małej wyprawy do muzeum historii naturalnej, Orcot z własnej winy pakuje się w niezwykłe tarapaty.

Drugi tom swojej mangi Akino Matsuri rozpoczyna wyjątkowo zabawnym i lekkim akcentem, o którym naprawdę warto wspomnieć, gdyż wyraźnie odznacza się na tle poprzedniej części. Prawdę mówiąc, zupełnie się tego nie spodziewałam, gdyż jak dotąd mieliśmy do czynienia z poważnymi, krwawymi historiami, które uwydatniały ludzkie słabości. Ta drobna zmiana bynajmniej nie wychodzi „Pet Shop of Horrors” na złe, gdyż odsłania przed nami zarówno zupełnie nowe oblicze hrabiego D, jak i czyni jasnymi motywy kierujące Leonem Orcot. Co więcej, ta dwójka dopełnia się wręcz idealnie i stanowi perfekcyjny humorystyczny duet, a człowiekowi po prostu miękną kolana! Przy tej okazji wspomnijmy także o ekscentrycznej pani dentystce, lubującej się w klimatach BDSM oraz mafiozie ze słabością do pudli. Usta same wyginają się w szerokim uśmiechu, a serce rwie się do czytania!

Po humorystycznym wstępie mangaka pozwala czytelnikowi powoli powrócić do poważniejszego tonu mangi, poświęcając drugi rozdział „Pet Shop of Horrors” zagadnieniu pieniędzy i przeznaczenia. Na pierwszy plan wychodzi biedny jak mysz kościelna William Foster, który postanawia nakarmić zabiedzonego kociaczka jedynym, co posiada – swoją krwią. Ten drobny dobry uczynek sprawia, iż los uśmiecha się w końcu do mężczyzny za sprawą słodkiej dziewczynki, którą pokochał w mgnieniu oka. Niestety, kiedy zasmakuje się w luksusie łatwo zapomnieć o tym, co dla nas najważniejsze. W przypadku Fostera wybór między pieniędzmi, a uwielbianym przez niego „dzieckiem” jest prosty, co sprawia, że mężczyzna kończy w tym samym miejscu, w którym rozpoczynał tę historię – na ulicy, bez grosza, bez domu, za to mając u boku kociaka, którego kiedyś chciał uratować. Tym samym, oczywistym staje się fakt, iż pieniądze to stanowczo za mało, kiedy w grę wchodzą uczucia determinowane przez przeznaczenie. Bo czy można zaprzeczyć temu, iż losem nie rządzi czysty przypadek?

Do sporej gamy emocji, ukazanych w tym tomie, dodać należy również dumę i zaborczość, których znaczenie czytelnik musi odgadnąć samemu. Bez wątpienia czynią one zranioną kobietę niebezpieczną, nieobliczalną, niemal potworną. Czy jednak w tym wypadku to siła kobiecych uczuć miała wpływ na ludzki los podsuwając pod nos hrabiego niesamowite, niebezpieczne stworzenie, które wydaje się wymierzać sprawiedliwość zakłamanemu kochankowi? A może chodzi po prostu o kolejne rzadkie, niespotykane zwierzę? To od nas zależy, co tak naprawdę dostrzeżemy w Delicious.

I w końcu, drugi tom „Pet Shop of Horrors” odkrywa przed nami drobną ciekawostkę dotyczącą hrabiego D, jak również ukazuje nam jego samotność skrywaną pod licznymi maskami dostrzeganymi przez detektywa. Przeszłość młodego właściciela sklepu zoologicznego wydaje się być ciasno spleciona z jego miłością do zwierząt, jak również z niechęcią względem bezlitosnych ludzi, którzy stawiają siebie ponad innymi stworzeniami. D jest podobny do anioła zemsty, który podkreśla ludzką niedoskonałość, ujawnia ich grzechy, a następnie za pomocą mitycznych sił natury wymierza sprawiedliwość. Co więcej, jego zachowanie i tajemniczość rodzą pytania, na które z pewnością chcielibyśmy poznać odpowiedzi, te zaś mogą kryć się w kolejnych tomach tej niebanalnej serii.

Podsumowując, „Pet Shop of Horrors” to manga, na której punkcie naprawdę można oszaleć. Przepełniona mrocznymi tajemnicami, elementami mitologi i fantastyki, ozdobiona odrobiną humoru i głębią przekazu, hipnotyzuje czytelnika, czyniąc go w ten sposób bezbronnym, wciąga go do swojego niesamowitego świata, w którym nikt nie może czuć się bezpieczny. Ja uległam czarowi tego tytułu już przy okazji pierwszego tomu, zaś teraz pozwalam by także część druga wciągała mnie coraz głębiej w te ruchome piaski klasyki, wywołującej drżenie na całym ciele.




Recenzja dla portalu:

poniedziałek, 25 listopada 2013

Kuroshitsuji vol. 13 - Yana Toboso






Tytuł: Kuroshitsuji vol. 13
Autor:Yana Toboso
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 194
Ocena: 6-/6




Dramatyczna sytuacja na pokładzie liniowca powoli się uspokaja. Ludzie, a przynajmniej ci, którym udało się przeżyć, wydostali się ze śmiertelnej pułapki wewnątrz statku i teraz, mając nadzieję na pomoc, rozsiadają się w szalupach ratunkowych. Niestety dla Ciela to nie koniec zadania, gdyż do jego obowiązków należy dokopanie się do samego serca całej tej masakry. Mając pewność, że Lizzie i Snake znajdują się w dobrych rękach powraca do wypełniania swoich obowiązków. Tak się jednak składa, że to nie koniec atrakcji, gdyż na scenie pojawia się Undertaker, który ujawnia kilka ze swoich niewątpliwie licznych tajemnic. Któż spodziewałby się takiego obrotu spraw? I nagle sytuacja znowu się zaognia, zaś niebezpieczeństwo kolejny raz staje się naprawdę poważne i nieuniknione. Dla naszego młodego hrabiego i jego demonicznego kamerdynera taniec śmierci trwa nadal.

Trzynasty tom Kuroshitsuji to nie akcja, ale przede wszystkim trzy naprawdę istotne i interesujące rewelacje, o których nie sposób nie wspomnieć, jako że razem tworzą całą fabułę tej części serii. Na samym początku autorka pozwala czytelnikowi na wgląd w psychikę oraz elementy przeszłości Elizabeth, która przecież zaskoczyła nas pod koniec poprzedniego tomu. Uciążliwa, słodka do zemdlenia i wiecznie uśmiechnięta „mała dziewczynka” okazuje się nie tylko utalentowana w dziedzinie szermierki. Ot, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Lizzie ma, bowiem swoje powodu by zachowywać się jak niewinne, słabe dziecko. Wszystkie podejmowane przez nią decyzje mają za zadanie pomoc Cielowi i idealne dopasowanie się do niego, nawet jeśli oznacza to, iż pannica utknie na zawsze w „ciele” dziewczynki. Podejrzewam, że po tym tomie nigdy już nie spojrzę na Elizabeth tak samo, jako że jej obraz naprawdę uległ ogromnej zmianie. To co dawniej irytowało, teraz nabrało sensu.

Niemniej jednak, prawdziwa twarz Lizzie to niewielkie zaskoczenie w porównaniu z tym, co szykuje dla nas Undertaker. Zawsze dziwaczny, trochę niepokojący i zakrawający na niegroźnego szaleńca przydatny człowieczek, okazuje się kimś zupełnie innym. Różnica między osobą, za którą mieliśmy go do tej pory, a jego prawdziwym obliczem jest kuriozalna. Czy można było się tego domyślić? Nie sądzę! Naprawdę trudno jest pisać o nim z jednoczesnym zachowaniem tajemnicy, by nie psuć lektury osobom, które jeszcze z tym tomem nie miały do czynienia. Zdradzę jednak, iż w tym tomie mamy okazję „zajrzeć pod grzywkę” naszego ekscentryka, a jest na co popatrzeć!

I w końcu, ostatnia ciekawostka tego tomu, czyli kolejne elementy wspólnej przeszłości Sebastiana i Ciela zostają ujawnione! Wprawdzie w sposób niecodzienny, trochę niepokojący i zapewne w najmniej odpowiednim momencie, ale przecież śmierć nie umawia się na wizytę z miesięcznym czy przynajmniej tygodniowym wyprzedzeniem. Czytelnik wie już doskonale, w jaki sposób młody Phantomhive wyrwał się z krwawej matni, w jakich okolicznościach po raz pierwszy zetknął się z Sebastianem. Teraz za to mamy okazję obserwować pierwsze kroki demonicznego kamerdynera w jego nowej roli, pierwsze wpadki, otrzymywane napomnienia, bury i spięcia na relacji pan-sługa. Bardzo interesujący jest również fakt, iż poznajemy niektóre opinie naszego demona na temat jego nowego pana. Sebastian z pewnością nie miał łatwego startu, kiedy ze wszystkich zabiedzonych i skrzywdzonych dzieci trafił akurat na Ciela. W tej sytuacji pojawia się pytanie. Jak można zakończyć tom w takim momencie?! To niehumanitarne!

W jaki sposób można więc podsumować trzynasty tom mangi Kuroshitsuji? Fantastyczny, zaskakujący i nieludzko zakończony! I jak tu wytrzymać do grudnia?!

wtorek, 19 listopada 2013

Toksyna - Jus Accardo




Tytuł: Toksyna
Autor: Jus Accardo
Wydawca: Dreams
Ilość stron: 416
Ocena: 5-/6




Kiedy w grę wchodzi ludzkie życie handel wymienny to czasami jedyny, choć nie najlepszy sposób na rozwiązanie problemu. Deznee Cross dowiaduje się o tym w najmniej odpowiednim momencie. Uzależniona od adrenaliny, nieposłuszna i pijana nie tylko miłością dziewczyna podejmuje ryzykowne wyzwanie wspięcia się na szczyt pokaźnego dźwigu. Wytrwałość, ośli upór i niezachwiana pewność siebie pozwalają jej dotrzeć do celu, gdzie czeka na nią słodka nagroda – ukochany mężczyzna, Kale. I wtedy właśnie wszechświat upomina się o spłatę długu. Na samym szczycie dźwigu okazuje się, że życie Kale'a kosztowało Dez jej zdolność fizycznego kontaktu z chłopakiem i teraz ból jest tak przejmujący, że dziewczyna ostatecznie traci równowagę. Przed niechybną śmiercią w wyniku upadku z wysokości ratuje ją Alex – zdrajca, niedoszły zabójca, były chłopak. To także on pomaga Dez wymknąć się dwóm psom gończym Denazen, kiedy ta nieroztropnie pakuje się w kłopoty. Niestety wysłani w pogoń za nią bliźniacy posiadają niecodzienne zdolności, a tym samym za ich sprawą po ciele Deznee zaczyna rozchodzić się śmiercionośna trucizna. Jakby mało było problemów, w chwili, gdy Dez jest zmuszona trzymać się z daleka od swojego ukochanego, na horyzoncie pojawia się atrakcyjna dziewczyna, która może dotykać Kale'a nie tracąc życia.

Dotyk ukazał czytelnikowi rozkwit uczucia między dwójką bohaterów, których losy w taki czy inny sposób były ze sobą splecione, zaś Toksyna jako drugi tom serii Denazen nie tylko zmusza zakochanych do pokonywania przeciwności losu, ale również kładzie ogromny nacisk na zazdrość, której nie sposób uniknąć w żadnym związku. To właśnie to niewątpliwie wyniszczające, obezwładniające uczucie stanowi emocjonalny trzon tej części powieści. Na uwagę zasługuje fakt, iż Jus Accardo nie przedstawia zazdrości jako bariery, która stanowi przeszkodę na drodze do szczęścia bohaterów, ani jako niewybaczalnego braku zaufania względem drugiej osoby. W Toksynie uczucie to jest w pełni akceptowane, choć na dłuższą metę niebezpieczne w skutkach i nie da się ukryć, że ma dwa niezwykle interesujące oblicza. Ot, z jednej strony przypomina walkę dwóch pokaźnych kogutów o kwokę, zaś z drugiej starcie dwóch zawziętych kwok o koguta. Podejrzewam, że czytelnicy, którzy mają już za sobą ten tom serii przychylą się do tego porównania, zaś cała reszta może przekonać się o jego trafności sięgając po Toksynę.

Podobnie jak miało to miejsce przy okazji pierwszej części, tak także i tym razem na uwagę zasługuje fakt widocznej i wyczuwalnej niewinności Kale'a. Chłopak będący śmiercionośną bronią, który ma na swoim koncie dziesiątki ludzkich żyć, w pełni uświadomiony seksualnie przez swoją dziewczynę bezustannie stanowi chodzące duże dziecko, które dopiero uczy się zasad rządzących światem. Kale bez wątpienia jest stuprocentowym mężczyzną, a jednak jest również nieporadny, niemal boleśnie szczery, bardzo ekspresyjny i wręcz słodki. To naprawdę godne podziwu, że autorka zdołała połączyć w sobie te dwa skrajnie różne oblicza w ciele jednej osoby. Tym bardziej, że, jak zauważa Dez, dla chłopaka świat pozbawiony jest odcieni szarości, istnieje tylko czerń i biel. Jaki w takim razie jest sam Kale skoro potrafi bez mrugnięcia okiem zabić człowieka, a zaraz potem z właściwą sobie prostolinijnością troszczyć się o swoją ukochaną?

Muszę przyznać, że w tym tomie z rozkoszą widziałabym więcej ojca głównej bohaterki, jako że jest on człowiekiem niezwykle interesującym ze względu na swoją oziębłość, bezwzględność, jak również swoistą subtelność wykonywanych ruchów. Można powiedzieć, iż Toksyna jest jego szachownicą, zaś bohaterowie pionkami, których ruchy przewiduje, bądź jest o nich informowany. W tym tomie posługując się dwójką Szóstek zagania niewygodne oraz pożądane osoby w kozi róg, bezustannie trzyma rękę na pulsie, bawi się sytuacją i innymi ludźmi. Za przykład może posłużyć fakt, iż w pełen finezji sposób posługuje się „ludzką trucizną”, na którą istnieje tylko jedno, równie „ludzkie” antidotum i bezustannie ma Szóstki za narzędzia czy zwierzęta. Tym samym jego osoba jest pełna pewnego niezrozumiałego czaru, a jednocześnie wzbudza nienawiść, więc nic dziwnego, że trochę mi go mało.

Jeśli zaś chodzi o akcję Toksyny to jest ona niewątpliwie ściśle powiązana z charakterem głównej bohaterki. Dez jest dziewczyną, która ceni sobie dobrą zabawę z odrobiną dreszczyku emocji, nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu, nie słucha dobrych rad i rozkazów. Nic więc dziwnego, że wszystkie dramaty i problemy tego tomu biorą swój początek właśnie z nieposłuszeństwa i imprez, na których dziewczyna jest obecna. Jest więc oczywiste, iż powieść obraca się w głównej mierze wokół szaleństwa i jego konsekwencji. Tym samym, szare myszki mogą czuć się nieswojo, ale osoby pełne życia na pewno odnajdą się w świecie Dez, gdzie zasady są po to by je łamać.

I tak, w Dotyku nasi bohaterowie szukali swojego miejsca w poplątanej rzeczywistości, kiedy ich świat obrócił się o 180o, a tym samym tom pełen był aktywności fizycznej, czystego ruchu. Toksyna jest z kolei przesiąknięta uczuciami, które w znacznym stopniu wychodzą na pierwszy plan. Historia przypomina tym samym kwiat, którego zapachem i kolorem są emocje, środkiem jest hotel Ginger, zaś płatki stanowią pojedyncze imprezy i inne wydarzenia. Obie części różnią się więc od siebie, ale także dopełniają. Tym bardziej, że w ramach bonusu autorka dorzuciła nam scenę widzianą z perspektywy Kale'a, a to niemal wymusza zadowolone mruczenie.

środa, 13 listopada 2013

Pandora Hearts vol. 7 - Jun Mochizuki




Tytuł: Pandora Hearts vol. 7
Autor: Jun Mochizuki
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 182
Ocena: 6-/6




Czasy sprzed tragedii w Sablier. Zwabiona dźwiękami pozytywki Lottie niespodziewanie spotyka w ogrodzie swojego pana, Glena Baskerville'a, oraz Jacka Vessaliusa, twórcę pozytywek, który – o zgrozo – okazuje się dobrym przyjacielem Glena. Dziewczynie trudno w to uwierzyć, a jednak w towarzystwie Jacka jej pan jest w stanie nawet się uśmiechać. Cała ta sielanka nie trwa niestety zbyt długo, gdyż pewnego dnia ogarnięty jakimś niezrozumiałym szaleństwem Glen Baskerville rozkazuje swoim ludziom wymordować wszystkie osoby obecne na zamku w Sablier, a polecenie zostaje posłusznie wykonane.
Chwila obecna. Wezwany przez Lottie Jack bynajmniej nie planuje współpracować. Strasząc użyciem mocy B-Rabbita pozbywa się zagrożenia, ale już samo pojawienie się wyczerpuje jego siły. Tym samym fragmenty wspomnień Jacka docierają do świadomości Oza, co sprawia, iż chłopak pogrąża się w czarnych myślach. Niemniej jednak, dzięki drobnej pomocy Elliota Oz znowu odzyskuje dobry humor. A przynajmniej było tak przez chwilę, gdyż prawda o pochodzeniu Oza mocno zachwiała rodzącą się przyjaźnią między Vessaliusem, a Nightrayem. I pomyśleć, że to najmniejszy, choć tak głęboko przeżywany, problem głównego bohatera.

Swoimi ostatnimi tomikami mangi Padora Hearts Jun Mochizuki niewątpliwie zainteresowała czytelnika tajemnicami przeszłości. Nic więc dziwnego, że rozpoczyna swój siódmy tom od wyjawienia drobnych sekretów, by na koniec niemal ogłuszyć nas rewelacjami. I tak, poznajemy elementy burzliwej przyjaźni Jacka i Glena, która zapowiadała się na idylliczną, zaś ostatecznie została zabarwiona czerwienią krwi i dramatu. Nadal nie znamy szczegółów i pikantniejszych kawałków, ale powoli zbliżamy się do poznania pewnych tajemnic, a to wywołuje dreszczyk emocji. Niemniej jednak, to pod koniec tomu padamy na kolana przed mangaką, która pozwala nam na wgląd w szokującą przeszłość Breaka. Czy ktoś mógł spodziewać się dokładnie tego, co zostaje nam ujawnione? Wątpliwe! Oczywiście, pewne podpowiedzi pojawiły się wcześniej, ale tylko kwestia oka wydawała mi się jasna. Cała reszta była zaskoczeniem. Co więcej, nie sposób ukryć, że ostatni kadr mangi zdecydowanie zapowiada gorącą kontynuację i sprawia, że czytelnik z niecierpliwością czeka na tom ósmy.

A skoro jesteśmy już przy bliższym poznawaniu postaci, nie można zapomnieć o ekscentrycznej stronie słodkiej Sharon. Któż by się spodziewał, że ta idealna dama ma swoje małe „zboczenia”, które teraz wychodzą na światło dzienne? Ładniutka, dobrze wychowana, pozornie niewinna, a w rzeczywistości niebezpieczna Sharon nie tylko jest w stanie uciszyć Breaka, ale i wywołać ciarki u Alice. I nie ma się czemu dziwić. Ten demon w ludzkiej skórze nie szczędzi nikomu razów. Zresztą, zapowiadające się niewinnie lekcje udzielane Alice na przykładzie romansów, także kończą się brutalnym akcentem przemocy fizycznej. Biedny Oz...

Niemniej jednak, wypada także wspomnieć o małej alkoholowej libacji urządzonej na szybkiego przez wujaszka Oskara. Ten drobny epizodzik wart jest uwagi chociażby ze względu na Gilberta. I bynajmniej nie chodzi tu o obraz pijanego, czy też rozkosznego, płaczącego Gila, choć to niewątpliwie cudowny widok. To właśnie w tej chwili Gilbert lepiej niż kiedykolwiek wcześniej zaczyna uświadamiać sobie fakt, że zostaje z tyłu, przestaje być potrzebny, gdyż Oz zaczął się zmieniać i planuje się usamodzielnić. Każda kolejna sytuacja tylko bardziej dręczy poczciwego chłopaka i najwyraźniej go przeraża. Ale czego Gilbert boi się najbardziej? Porzucenia, samotności, utraty celu w życiu?

Tak oto, siódmy tom mangi Pandora Hearts nie obfituje wprawdzie w akcję w czasie teraźniejszym, ale zdecydowanie oferuje czytelnikowi spory kawałek wyśmienitej przeszłości i muszę przyznać, że pod tym względem ta część naprawdę przypadła mi do gustu. Robi się, bowiem coraz goręcej, sytuacja staje się naprawdę napięta, a granice czasu zacierają się jeszcze bardziej.

wtorek, 22 października 2013

Kuroshitsuji vol. 11 - Yana Toboso




Tytuł: Kuroshitsuji vol. 11
Autor:Yana Toboso
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 194
Ocena: 4+/6




Skoro nie jest już tajemnicą, że Sebastian Michaelis żyje i ma się świetnie, nadszedł czas na szczegółowe wyjaśnienia, które na pewno należą się ciekawskiemu i niezwykle domyślnemu debiutującemu pisarzowi oraz samym czytelnikom. Tak się, bowiem składa, że za dokonanymi w posiadłości Phantomhive morderstwami stoi osoba, której wina może zaskakiwać, zaś obecność nie jest jednoznaczna. Bo czy można winić nóż za to, że wbija się w ciało? Czyż winą nie powinno obarczać się osoby dzierżącej narzędzie zbrodni? W tym wypadku polecenie wydano jednak u samego szczytu tego angielskiego „łańcucha pokarmowego”, a tym samym pojęcie sprawiedliwości nie ma z tą sprawą nic wspólnego.
Niestety, nie ma co liczyć na chwilę spokoju. Sabastian ledwie zdążył w „cudowny sposób” zmartwychwstać i wydostać się cały i zdrów ze swojego grobu, a już ma pełne ręce roboty. Londyn obiega informacja o przywracaniu do życia zmarłych. Jak widać, nasz kamerdyner nie był wcale taki oryginalny, jak początkowo mogło się wydawać, zaś Pies Królowej musi trochę powęszyć.

Jedenasty tom mangi Kuroshitsuji jest mostem, który łączy ze sobą nie tylko koniec epizodu cluedo oraz początek zupełnie innego, ale również dobrze wpisuje się w wiktoriański klimat tego tytułu oraz współczesne zamiłowanie do bardzo wyjątkowego, chociaż niezrozumiałego dla mnie szału na zombie. Zacznijmy jednak od początku.

Tym razem autorka pozwala nam spojrzeć na Sebastiana pod zupełnie innym kontem. Choć w dalszym ciągu niezmordowany i perfekcyjny, nasz demoniczny kamerdyner obnaża przed czytelnikiem kawałek siebie. Widzimy, bowiem jak wyłazi ze skóry by doprowadzić do końca sprawę morderstw popełnianych w posiadłości, stara się wodzić za nos wszystkich w około, ulega słabości do kotów, a jednocześnie wypełnia polecenia swojego pana. Niepokonany demon niejednokrotnie był o włos od klęski. To interesujące, gdyż pozwala wierzyć, że w pewnym momencie nawet jemu może podwinąć się noga, jeśli taka będzie wola autorki.

Yana Toboso wprowadza także „nową, ale starą” postać, która najprawdopodobniej będzie towarzyszyć Cielowi przez najbliższe tomy. Ten niebezpieczny, ale naprawdę rozkoszny i niewinny bohater z całą pewnością ubarwia jedenasty tom i sprawia, że młody panicz Phantomhive wydaje się zdecydowanie bardziej uczuciowy niż dotychczas. Niemniej jednak, cała ta relacja pomiędzy Cielem, a jego nowym lokajem oparta jest kłamstwie. Czy na takim niepewnym fundamencie uda się zbudować przyjaźń, która przetrwałaby ujawnienie prawdy? Tego na pewno chciałabym się dowiedzieć.

W tym miejscu warto także wspomnieć o rodzinie Midfordów, jako że rodzice oraz brat Lizzy to zaskakująca mieszanka. Tego raczej nikt się nie spodziewał, a szczęka sama opada, kiedy ma się z nimi do czynienia. Nie da się zaprzeczyć, iż energii i charakteru im nie brakuje, a Ciel zasłużył na odrobinę cierpienia w ich towarzystwie.

Co się zaś tyczy nowego epizodu, który mamy okazję liznąć już teraz, jest on połączeniem wspominanego przeze mnie motywu zombie oraz Frankensteina. Nie chodzi tu jedynie o szwy widoczne na ciałach zmarłych, które jednoznacznie przypominają nam o ekranizacjach powieści Mary Shelly, ale o sam motyw pobudzania ciała do życia elektrycznością, który jest ściśle związany z epoką, w jakiej rozgrywa się nasza historia, jak również z samą powieścią. Albowiem wnikliwy czytelnik na pewno dostrzeże we Frankensteinie mniejsze, bądź większe podpowiedzi dotyczące sposobu, w jaki ożywiono mściwego, samotnego potwora. Niemniej jednak, w przypadku Kuroshitsuji nie możemy raczej mówić o inteligencji żywych trupów.

Kilka słów podsumowania. Jedenasty tom Kuroshitsuji bez wątpienia jest interesujący i niezbędny, momentami słodki oraz zabawny, jednak na tle poprzednich wypada tylko dobrze. Może wiąże się to z nazbyt szybkim rozpoczęciem nowej przygody, a może z czymś zupełnie innym – ciężko powiedzieć. Nie zmienia to jednak faktu, że mangę pani Toboso darzę szczerą sympatią i zamierzam być jej wierną do samego końca – kiedykolwiek on nastąpi.

poniedziałek, 30 września 2013

Ogień - Mats Strandberg, Sara Bergmark Elfgren




Tytuł: Ogień
Autor: Mats Strandberg, Sara Bergmark Elfgren
Wydawca: Czarna Owca
Ilość stron: 696
Ocena: 6/6 (dla książki) i ogromny minus dla korektorów




Mats Strandberg i Sara B. Elfgren to prywatnie dwójka naprawdę fantastycznych ludzi, którzy dopuszczając do głosu swojego wewnętrznego nastolatka nie tylko perfekcyjnie oddają wnętrze młodych bohaterów i rozumieją ich problemy, ale także docierają do czytelnika, który bez problemu może wyczuć w powieści pasję, z jaką autorzy tworzyli swoje dzieło. Mats i Sara przeplatają między wierszami swoje własne doświadczenia, czynią znane sobie, prawdziwe miejsca częścią Engelsfors, żyją swoją powieścią tak, jak ona żyje w nich. Nic więc dziwnego, że ten cudowny duet stworzył powieść, która nie tylko fascynuje, ale również zasysa czytelnika do swojego wnętrza, zaś magia wypełnia każdą stronę.

Piątka Wybrańców, którzy przeżyli swoje pierwsze starcie z wrogiem, rozpoczyna drugi rok nauki w liceum Engelsfors. Wraz ze szkołą powracają stare problemy i piętrzą się nowe, z którymi należy się zmierzyć, widmo apokalipsy staje się coraz bardziej realne, a demony przeszłości powracają do życia. Podczas odwiedzin na grobie Eliasa, Linnéa odkrywa stary, zarośnięty nagrobek opatrzony imieniem i nazwiskiem ich opiekuna, Nicolausa. Mimo sprzeciwów mężczyzny, dziewczyny rozkopują grób, dzięki czemu mają okazję poznać bliżej bezwzględność Rady, jak również historię czarownicy nawiedzającej je w snach, wskazującej im drogę, od kiedy tylko odkryły swoje moce. Niestety, w konsekwencji Nicolaus wyjeżdża, pozostawiając po sobie wyłącznie list, zaś w Engelsfors zjawiają się wysłannicy Rady – czarujący, choć fałszywy Viktor oraz jego bezwzględny ojciec, Alexander. Jakby Wybrańcy mieli mało na głowie, w mieście powstaje podejrzana, przesadnie optymistyczna organizacja, Pozytywne Engelsfors, która rośnie w siłę z każdym dniem. Teraz bardziej niż kiedykolwiek dziewczyny muszą trzymać się razem jeśli chcą przeżyć, wypełnić misję i uratować nie tylko Engelsfors, ale ostatecznie cały ten parszywy świat.

Podobnie jak „Krąg”, będący pierwszym tomem serii, tak również „Ogień” porusza całą gamę bardzo realnych i poważnych problemów, z którymi borykają się ludzie w każdym wieku. To dzięki nim w powieści z łatwością można odnaleźć siebie, w czym dodatkowo pomaga różnorodność postaci. Nieważne jaki jest czytelnik, czym się interesuje, jaki ma charakter, jakie są jego mocne, czy słabe strony – każdy odnajdzie tu swoje miejsce, poczuje, że i on może mieć wpływ na przyszłość świata. Zdrada, wyniszczające kłótnie, odrzucenie, ambicja rodziców odbijająca się na dziecku, pogrążająca się depresja, niechęć do szukania pomocy, konsekwencje nieprzemyślanych decyzji, trudne uczucia, których ujawnienie może przewrócić świat do góry nogami, brak zrozumienia. W „Ogniu” można znaleźć każdy problem, który na co dzień dotyka tysiące ludzi. Autorzy pokazują jednak, że mimo przeciwności losu, człowiek może nadal iść przed siebie, szukać rozwiązania, zmienić swoje życie akceptując porażki. Problemy nie kończą definitywnie życia, a jedynie przeszkadzają w dalszej drodze, lecz będąc wystarczająco silnym można je pokonać.

„Ogień” to również ogromny ładunek emocjonalny, który przenika czytelnika, pozwala zrozumieć bohaterów, zjednoczyć się z nimi. Zawód, zwątpienie, beznadzieja, smutek, rozpacz, strach, a nawet przerażenie, odwaga, radość, uczucie miłości i przyjaźni – wszystko, co czują postaci, jest dobrze znane światu. Emocje bohaterów przybliżają nam również inni bohaterowie, czego najlepszym przykładem jest Elias, którego bardzo łatwo pokochać, chociaż zginął, zanim zdołaliśmy go dobrze poznać. To niesamowite jak wielki wpływ na fabułę posiada ten chłopak. Wypada wspomnieć, iż autorzy nie obawiają się pisać szczerze o emocjach towarzyszących przeżywaniu każdego dnia, poruszają tematy trudne, może nawet kontrowersyjne w niektórych kręgach, pokazują tym samym, jak łatwo oceniać ludzi zupełnie ich nie znając, szufladkować ich, zapomnieć, że każdy coś czuje, nawet jeśli tego nie pokazuje. Uzmysławiają nam także jak wielki wpływ na młodego człowieka ma rodzina i całe środowisko domowe, które kształtuje ludzki system wartości, może zadecydować o całym dalszym życiu.

W tym tomie niezwykle istotna jest na pewno przyjaźń, która z każdą chwilą wzmacnia więź między Wybrańcami, pomaga im pokonywać wszelkie trudności, odnaleźć siebie, zmienić się na lepsze. Przyjaźń między młodymi czarownicami tworzy się samoistnie w miarę obcowania ze sobą, poznawania się i postrzegania świata oczyma innych. Chociaż początkowa niechęć zakorzeniła się głęboko w świadomości bohaterek, to jednak wszelkie uprzedzenia zaczynają się powoli rozpływać, Wybrańcy są sobie coraz bliżsi, akceptują swoje wady i zalety, wpływają na siebie. To także siła ich przyjaźni pozwala im kroczyć dalej przed siebie, zmierzyć się z niebezpieczeństwem i wierzyć w swoje umiejętności. Mimo śmierci dwójki Wybrańców wszyscy oni tworzą Krąg, jako że wspominania i uczucia tych, którzy przeżyli sprawiają, iż zmarli nadal wydają się być z nimi.

Równie istotnym tematem „Ognia” jest miłość, która rodzi się zgodnie z przepowiednią Mony. Oparta na fundamencie przyjaźni jest delikatna i w dalszym ciągu niepewna, ale z każdą chwilą coraz mocniejsza i pewniejsza. Chociaż obie strony czują to samo, żadna nie jest got powiedzieć tego głośno. Co istotne, uczucie to nie jest w żadnym stopniu traktowane jako gorsze, czy nienaturalne. Wręcz przeciwnie, zostaje zaakceptowane zarówno przez świadomą jego obecności Linnéę, jak również przez przypadkowo wmieszaną w to wszystko Minoo. Ta miłość nie wywołuje oburzenia, ale po protu jest, tak jak wcześniej istniało uczucie między Minoo, a Maxem. Nie znajdziemy tu umoralniających wykładów na temat tego, kogo wolno kochać, a kogo już nie. I za to kocham powieść Matsa i Sary – za otwartość na świat.

Podsumowując, „Ogień” to cudowna kontynuacja „Kręgu”, to pełna głębi i uczuć opowieść o magii, do której każdy ma prawo, o wyborach, które czynią nas ludźmi, o zaufaniu niezbędnym między przyjaciółmi, o licznych obliczach miłości, o śmierci i życiu, tęsknocie za tymi, którzy odeszli, przyzwyczajeniach, które walczą zaciekle z nowym początkiem. To także powieść, która uczy tolerancji i wskazuje drogę. Tytułów takich jak ten, które przenikają prosto do serca czytelnika, nie zapomina się nigdy.

*Na marginesie: Jako osoba, która powieści Matsa Strandberga oraz Sary B. Elfgren oddała serce, nie mogę niestety przymknąć oka na karygodne błędy korektorów, które rażą i bolą. Czytelnik nie znający oryginału jest zmuszony zawierzyć tłumaczowi w kwestii tego, co czyta, pokłada ufność w rzetelność i profesjonalizm osób pracujących nad książką. I tu pojawia się problem, bo jak wierzyć osobom, które najwyraźniej nie przyłożyły się do pracy? Chodzi mi mianowicie o chaos panujący w imionach. W trakcie lektury „Ognia” czytelnik przerażająco często trafia na rozdziały, w których imiona bohaterów są błędnie umieszczone w tekście, zwyczajnie pomylone, bezmyślnie wciśnięte w miejsce prawidłowego. Widać to już na pierwszy rzut oka i naprawdę nie sposób tego zignorować. Nie chcę nawet myśleć ile podobnych pomyłek, których nie sposób zauważyć nie mając wglądu w oryginał, może znajdować się jeszcze w powieści. Co więcej, mam wrażenie, że na początku książki w wielu miejscach brakuje myślników, które zaznaczałyby fakt, iż po wtrąceniu narratora powracamy do wypowiedzi postaci. To również wprowadza pewne zamieszanie w tekście, sprawia, że czytelnik sam musi wybrać, która wersja odpowiada mu bardziej, a po nieładzie w imionach naprawdę nie pokładam już żadnej wiary w korektę „Ognia”. Co zabawne, odpowiadały za nią podobno trzy panie. „Gdzie kucharek sześć tam nie ma co jeść”?



Recenzja dla portalu:

czwartek, 26 września 2013

Wilczy trop - Patricia Briggs




Tytuł: Wilczy trop
Autor: Patricia Briggs
Wydawca: Fabryka Słów
Ilość stron: 440
Ocena: 5+/6




W stadzie Leo, wiekowego Alfy z Chicago, źle się dzieje, co sprawia, że miasto od lat nie jest już bezpiecznym miejscem ani dla ludzi, ani dla wilkołaków. Gazety donoszą o śmierci młodej dziewczyny i zaginięciu jej chłopaka, zaś Anna Latham dobrze wie, co stało się z młodzieńcem. Poniżana, gwałcona i bita przez mężczyzn ze swojego stada dziewczyna, jako jedyna ma wystarczająco wiele siły by zgłosić tę sprawę wyżej – do Marroka, przywódcy wszystkich wilkołaków z Ameryki Północnej. Wzbudzający strach wilk wysyła do Chicago swojego egzekutora i jednocześnie młodszego syna imieniem Charles. To co młody mężczyzna odkrywa na miejscu jeży mu włosy na głowie, zaś rodzące się w nim uczucie do nieszczęsnej Anny dodatkowo pogrąża Leo i jego popleczników. Niestety, jeden problem goni drugi. W górach Montany, pod samym nosem Marroka, pojawia się niebezpieczny wilk samotnik, który zabija ludzi, co grozi poważnymi konsekwencjami. Charles Cornick nie ma nawet czasu na wygrzebanie się z odniesionych w Chicago ran, gdyż sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Nowa misja egzekutora staje się również wyzwaniem dla Anny, która stara się zrozumieć swoją rolę w stadzie i oswoić z myślą o uczuciu do atrakcyjnego wilkołaka.

Sięgając po Wilczy Trop zupełnie nie wiedziałam czego mam się spodziewać, jako że było to moje pierwsze spotkanie z Patricią Briggs i jej kreacją głównej bohaterki, na co zawsze zwracam szczególną uwagę. Niemniej jednak, wilkołaki to moja ogromna słabość, więc z niecierpliwością zabrałam się za lekturę, choć poważnie obawiałam się zawodu. Jak się okazuje, niepotrzebnie.

Muszę przyznać, iż autorka skupiając się w głównej mierze na wilkołakach, co naprawdę się jej chwali, nie zapomniała wspomnieć, czy też wpleść w swoją historię także innych istot właściwych gatunkowi urban fantasy. Przy okazji Wilczego Tropu słyszymy więc o wampirach i czarownicach, człekokształtnym kojocie (jest to niewątpliwie nawiązanie do serii z Mercedes Thompson), aniołach, czy demonach, jak również mamy okazję poznać potężną wiedźmę. Przy okazji serii Alfa i Omega świat paranormalny nie jest jeszcze całkowicie rozwinięty, więc czytelnik nie ma okazji poznać go, odtworzyć w miarę dokładnie. Wszystko kręci się, bowiem wokół wilkołaków, ich mocy, indywidualnych darów. Podejrzewam jednak, iż czytelnik będzie miał okazję wniknąć mocniej w ten fantastyczny wszechświat przy okazji kolejnych tomów serii, jak również może uzupełnić swoją wiedzę o dotąd wydane tomy przygód Mercedes Thompson. Na marginesie pragnę także dorzucić, iż problemy z jakimi borykają się stare wilkołaki Patricii Briggs do złudzenia przypominają mi te, które dotykają wiekowych wampirów w Kronikach Wampirów Anne Rice. Bynajmniej nie jest to jednak minusem powieści, gdyż melancholia, szaleństwo i chęć śmierci naprawdę pasują do tych długowiecznych wilków.

Za bardzo interesujący uważam fakt, iż autorka splotła ze sobą wilkołaki oraz indiański szamanizm. Te dwa motywy naprawdę idealnie do siebie pasują, nawet jeśli czasami niechętnie chcę to przyznać. W tym jednak wypadku autorka zdołała bardzo sprawnie, subtelnie i przede wszystkim naturalnie połączyć ze sobą elementy indiańskie z paranormalnymi. Ta fuzja w żadnym stopniu mnie nie denerwowała, ale wręcz przeciwnie, zaintrygowała. Niewątpliwie wielki wpływ na to miała różnorodność w szeregach wilkołaków, którym nie narzucono z góry przynależności do jednej rasy ludzkiej, jednych wierzeń, czy przekonań. Wilki pani Briggs są tak różne, że nie sposób tego zignorować. To ogromny plus!

Mocną stroną powieści jest również wyraźny zarys hierarchii panującej wśród wilkołaków. To coś, co naprawdę mnie fascynuje i przyspiesza bicie serca. Na czele każdego ze stad stoi dominujący Alfa, który podporządkowuje sobie wszystkie inne wilkołaki. Po swojej prawicy ma zaufanych ludzi, każdego na innym szczeblu. Im bliżej dołu, tym pozycja wilka jest mniej znacząca. Nad wszystkimi stadami sprawuje pieczę Marrok – wilk wystarczająco silny by zyskać posłuch u innych wilkołaków Alfa. I w końcu wilk Omega, który znajduje się poza hierarchią, a jego znaczenie dla stada jest kluczowe. To całkowita nowość, jeśli chodzi o wilkołaki, albowiem Omaga jest jak zastrzyk uspokajający. Już sama jego obecność łagodzi żądze innych, zaś dotyk i śpiew wydaje się być dodatkowym atutem mogącym zapanować nad najgorszą bestią. Ciężko mi w prawdzie określić na ile jestem w stanie zaakceptować ten konkretny podział władzy (z Marrokiem na czele i Omegą w ogonie), jednakże autorka na pewno wprowadza coś oryginalnego do swojej powieści i to jej się ceni.

W kontekście Wilczego Tropu na pewno należy wspomnieć także o sposobie, w jaki autorka przedstawiła nam główną bohaterkę. Przede wszystkim Anna jest zaszczutą kobietą, która wiele wycierpiała i jest w stanie w miarę normalnie funkcjonować tylko dzięki opiece swojej wilczycy, która niejako osłaniała dziewczynę sobą, kiedy inne wilkołaki w stadzie wykorzystywały jej ciało. Anna to osoba bardzo silna, właśnie dzięki drzemiącemu w niej wilkołakowi, ale także wrodzonemu uporowi, który przeciwstawia wyuczonemu strachowi przed każdym dominującym samcem. Jej psychika została zachwiana, kiedy maltretowano ciało, a jednak czerpiąc siłę do swojej wilczycy, dziewczyna powoli podnosi się po upadku, zaczyna na nowo przyzwyczajać się do życia w zupełnie nowym stadzie. Mając wszystko to na uwadze, uważam, że Anna Latham to naprawdę wartościowa bohaterka, której problemy zostały przedstawione w sposób bardzo dosłowny, co naprawdę trzeba docenić.

Podsumowując, Wilczy Trop to urban fantasy, które wprowadza zupełnie nowe elementy do znanego powszechnie tematu likantropii, urozmaica już istniejące, zachęca do zainteresowania się wilkołakami. Dodatkowo oferuje czytelnikowi naprawdę uroczy romans zestawiony z brutalnością świata i psychicznymi barierami, które należy pokonać. Autorka wielokrotnie przemyca w tekście idealizm wielkiego uczucia po grób oraz wyjątkowości miłości, co na pewno można by podciągnąć pod fakt, iż wilki łączą się w pary na całe życie, a przecież wilkołak również ma w sobie wiele z wilka.

Tak więc, moje pierwsze spotkanie z panią Patricią Briggs uważam za naprawdę udane i nie wykluczam, iż może w przyszłości sięgnę także po jej wcześniejszą serię.

niedziela, 22 września 2013

Drugi grób po lewej - Jones Darynda




Tytuł: Drugi grób po lewej
Autor: Jones Darynda
Wydawca: Papierowy Księżyc
Ilość stron: 388
Ocena: 3/6




Są autorzy, których warsztat zmienia się w miarę pisania oraz tacy, którzy stoją w miejscu. Są powieści, które od początku do końca nie zachęcają do lektury i te, które z czasem potrafią wciągnąć. Są też bohaterowie, w których czytelnik się zakochuje oraz postacie, z którymi wolałby nie mieć nigdy do czynienia. Kiedy postanowiłam zrecenzować drugi tom przygód Charley Davidson, miałam ogromną nadzieję na konkretne zmiany, które sprawią, że interesujący pomysł autorki rozwinie skrzydła i w końcu się wzniesie. Niestety, „Drugi grób po lewej” nie odbił się nawet od ziemi, podobnie jak miało to miejsce w przypadku poprzedniego tomu – lot należało odwołać i przesiąść się do zwykłego autobusu, który nieubłaganie trzęsie na nierównej nawierzchni drogi.

Od wydarzeń opisanych w „Pierwszym grobie po prawej” minęło góra dziesięć dni, zaś Chrley Davidson kolejny raz ma pełne ręce roboty. Brutalnie wyciągnięta z łóżka o nieprzyzwoicie wczesnej porze przez zdesperowaną Cookie, ubrana jak ostatni clown za sprawą tej samej osoby, pani detektyw właśnie staje twarzą w twarz ze swoim nowym zleceniem. Przyjaciółka Cookie ma kłopoty, jednak zanim ktokolwiek jest w stanie dowiedzieć się, o co chodzi, kobieta znika bez śladu. Załamany mąż nie dba o pieniądze, wynajmuje Charley, by ta odnalazła Mimi. Niestety, sprawa nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Komuś najwyraźniej bardzo zależy na tym, by kobieta się nie odnalazła, a dwójka podejrzanych typków, podających się za agentów FBI, nachodzi naszą kostuchę w biurze. To nie koniec problemów, gdyż Reyes Farrow – grzesznie przystojny syn Szatana – zapadł się pod ziemię, a kiedy łaskawie pojawia się w swojej niematerialnej postaci, jest w strasznym stanie. Demony zdołały go dorwać i teraz mają w swoich rękach klucz do piekła, jak również wabik na Charley, przez którą mogą dostać się do nieba. A przecież to dopiero początek trudności, z jakimi musi zmierzyć się bohaterka.

Nie ulega wątpliwości, iż „Drugi grób po lewej” jest w 100% i pod każdym względem kontynuacją „Pierwszego grobu po prawej”, jako że w przypadku obu tych książek można wyliczać te same wady, jak również podać te same zalety. I tak oto, kolejny raz mamy do czynienia z powieścią wypełnioną kiepskim humorem, który tak naprawdę zupełnie nie bawi, a nawet można pokusić się o stwierdzenie, iż główna bohaterka wypada przez niego żałośnie. Jej „zabawne”, czy też „kąśliwe” komentarze w przerażającej większości są raczej słabe, zaś narracja, która z całą pewnością miała być prowadzona z polotem, pazurem i sporą dawką humoru, okazuje się kompletną klapą i jest wręcz żenująca. Również sytuacje, które powinny bawić, odnoszą w moim przypadku odwrotny skutek i naprawdę miałam ochotę walić głową w mur. Błagam, zostańmy przy stereotypach, kiedy to facet myśli kroczem. Bezustanna chcica głównej bohaterki w pewnym momencie naprawdę zaczyna irytować.

Czego by jednak nie mówić, najbardziej rażący jest niestety brak sensu przy okazji niektórych sytuacji. Ot, na przykład: stary „znajomy” Charley w czasach szkolnych zeznał na policji, że nie chciał jej zabić, a jedynie OKALECZYĆ SUV-em, po czym bez problemu zostaje policjantem. Inna sytuacja z samego początku książki: W KAWIARNI mąż zaginionej kobiety pyta Charley o jej zawodowy profesjonalizm, podczas gdy nasza „poważna pani detektyw” ma na nogach kapcie w kształcie króliczków. Wybaczcie, ale jak zdesperowany musi być mężczyzna, by prosić o pomoc kogoś takiego? Zresztą, nie mniej wstrząśnięta byłam pojawieniem się agentów FBI, nawet jeśli byli oszustami, którzy zajmują się sprawą zaginięcia JEDNEJ kobiety. Leżę, wyję i błagam o litość! Federalni i byle zaginięcie? Naprawdę?

Nie skupiajmy się jednak wyłącznie na minusach. Niezaprzeczalnym plusem książki jest interesująca fabuła: zarówno pod względem całej serii, jak i tego jednego tomu, chociaż opiera się ona niewątpliwie na tych samych zasadach, co poprzednia część. Sprawa zaginięcia przyjaciółki Cookie, chociaż niespecjalnie skomplikowana, na pewno potrafi zapewnić rozrywkę, zaś problemy boskiego syna Szatana i „najazdu” na niebo powoli nabierają coraz wyraźniejszych kształtów. Cóż, przyznam się bez bicia, że mieszanie religii do powieści tego typu jest ryzykowne i osobiście nie jestem zwolenniczką tego motywu u Charley Davidson, jednak nadal uważam, iż jest on interesujący. Także wszelkie drobne problemy, z którymi musi poradzić sobie Charley, jak chociażby duch w bagażniku samochodu Cookie, czy bandzior na przepustce, stanowią ciekawy dodatek, o którym czyta się z przyjemnością. Jeśli więc warto sięgnąć po tę powieść to właśnie dla fabuły, która musi się spodobać.

W ogólnym rozrachunku, nie mam pojęcia, co myśleć o książkach Daryndy Jones. Z jednej strony postać głównej bohaterki jest irytująca i sama nie wiem, jak z nią wytrzymałam, jednakże wszystkie inne postaci mają w sobie coś, co przyciąga czytelnika. Z drugiej, ciekawa fabuła rozbija się o bezmyślność i słaby humor. Przyznaję, to nie lada wyzwanie dla recenzenta.

Ostatecznie jednak, „Drugi grób po lewej” zdecydowanie powinny przeczytać osoby, którym podobał się poprzedni tom, zaś ci, którym nie przypadł on do gustu raczej nie zapałają miłością do tej części. Jeśli potraficie przymknąć oko na liczne niedociągnięcia, bądź stawiacie na pierwszym miejscu fabułę, zaś cała reszta nie jest już tak istotna, to zachęcam do podjęcia ryzyka.




Recenzja pisana dla portalu: