Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Instytut Wydawniczy ERICA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Instytut Wydawniczy ERICA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

wtorek, 10 września 2013

Spustoszenie. Bitwa pod Porto, 1809 - Bernard Cornwell



Tytuł: Spustoszenie. Bitwa pod Porto, 1809
Autor: Bernard Cornwell
Seria: Kampanie Richarda Sharpe'a
Wydawca: Instytut Wydawniczy ERICA
Ilość stron: 488
Ocena: 5+/6






Wojna to wzburzone morze, które bezlitośnie rzuca we wszystkie strony drobnym stateczkiem życia żołnierza. Zaczynasz podróż w jednym konkretnym miejscu, ale nie możesz być pewny, gdzie przyjdzie ci skończyć, przez jakie porty się przewiniesz zanim dotrzesz do celu. O ile do niego dotrzesz.

Richard Sharpe przekonuje się o tym niemal każdego dnia, zaś tym razem wraz ze swoimi Strzelcami musi narażać się na niebezpieczeństwo w Portugalii, którą Napoleon usiłuje zdobyć dla siebie. Powierzone mężczyźnie zadanie wydaje się proste – pomagając pułkownikowi Christopherowi, odnaleźć i sprowadzić do domu angielską pannicę, która uciekła od matki z bliżej nieznanych przyczyn. Wyższy rangą oficer nie chce jednak pomocy Strzelców, co powinno wyjść im na dobre, gdyby nie wojska francuskie, które odcinają 95. drogę ucieczki. Chcąc zgodnie z rozkazem dołączyć do kapitana Hogana, Sharpe jest zmuszony połączyć siły z niewielkim portugalskim oddziałem porucznika Vincente. Pech chce, że drogi dzielnego angielskiego porucznika i pułkownika Christophera krzyżują się kolejny raz. Mało tego, poszukiwana panna Kate Savage okazuje się być już panią Christopher, a wszechobecni Francuzi zatrzymują Strzelców i Portugalczyków w Quinta de Zedes, gdzie dwa maleńkie oddziały mitrężą czas i nieświadomie wpadają w coraz większe tarapaty.

Dla nikogo nie jest nowością, iż wszelkie konflikty zbrojne są brutalne już z założenia, a co za tym idzie nie sposób pisać o losach żołnierza w czasie wojen napoleońskich pomijając obrazy strać wrogich wojsk, rozlewu krwi, czy śmierci. Przemoc to chleb powszedni, kiedy w grę wchodzą uzbrojeni, nienawidzący się wzajemnie ludzie, którym wydano jasne rozkazy. Niemniej jednak, tym razem Bernard Cornwell skupia się nie na brutalnej agresji względem równych sobie, ale na ludzkiej bezwzględności, która dotyka osób bezbronnych, nieprzygotowanych, słabych, a przede wszystkim kobiet. Wojsko francuskie, z jakim mamy do czynienia w Spustoszeniu. Bitwa pod Porto, 1809 przedstawione zostało przede wszystkim jako banda dzikusów, dla których cywile są zaledwie rozrywką. Podobny obraz został nam zaprezentowany przy okazji poprzednich tomów serii, jednakże dopiero teraz autor rozwija temat, pozwala by szlachetniejsi bohaterowie domagali się sprawiedliwości za popełnione zbrodnie. Jednocześnie pokazuje, jak dużą swobodę daje człowiekowi zawód żołnierza, który nie jest karany na równi z ludnością cywilną. W pewnym stopniu, brutalność ukazana została jednak, jako cecha indywidualnego człowieka, nie zaś domena ogółu.

Pośród tej wojennej zawieruchy i ludzkiego bestialstwa, autor znalazł jeszcze miejsce na bardzo zgrabne rozwinięcie wątku romantycznego. Czytelnik nie jest skazany na suche przyjęcie do wiadomości faktu o pojawiającym się na kartach powieści romansie, ale ma okazję poznać kierujące kochankami motywy, ich uczucia, wątpliwości, zyskuje wgląd w ich wnętrze. Co więcej, dzięki rozwinięciu tego konkretnego wątku, dramat zakochanej dziewczyny wydaje się większy, zaś jej naiwność bardziej oczywista. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, iż motyw ten czyni książkę jeszcze bardziej interesującą, chociaż naprawdę nic jej nie brakuje.

Spustoszenie. Bitwa pod Porto, 1809 dokumentuje także kolejne postępy i porażki głównego bohatera, który musi za wszelką cenę utrzymać dyscyplinę w swoich szeregach, zadbać o sprawność strzelców, znaleźć im zajęcie, które pozwoli czymś się zająć zamiast nudzić się i bezczynnie czekać na nowe rozkazy. To doświadczenie nie tylko zrobi z Sharpe'a lepszego oficera, ale również jest to kolejny dowód na to, że mimo ogromnego pecha, jaki prześladuje Richarda, los nierzadko się do niego uśmiecha. Zapobiegliwość bohatera i najzwyklejszy łut szczęścia pozwalają mu ujść z życiem kolejny raz, jak również przyczynić się do kolejnego angielskiego zwycięstwa nad Francuzami.

Muszę przyznać, że niezwykłą radość sprawiło mi kolejne już spotkanie Sharpe'a z Sir Arthurem Wellesleyem. Naprawdę uwielbiam te chwile, w których główny bohater nieświadomie uciera nosa dumnym oficerom, udowadnia swoją wartość, zyskuje poważanie i sympatię innych. Takim chwilom zawsze towarzyszą emocje i uczucie spełnienia, jakby Richard Sharpe był dla czytelnika kimś więcej niż tylko postacią fikcyjną. Ten niedoceniany przez większość żołnierzy chłopak z sierocińca jest w stanie zawstydzić najbardziej pewnych siebie oficerów, a nawet przechylić szalę zwycięstwa na stronę Anglików. W takich wypadkach nie liczy się nawet fakt, iż przypisane mu w książce zasługi w rzeczywistości przypadają w udziale innym. Bernard Cornwell sprawił, że jego bohaterowi do twarzy jest ze zwycięstwem i ze świecą szukać drugiego takiego jak on.

Jak więc widać, Spustoszenie. Bitwa pod Porto, 1809 to kolejna znakomita część fascynującej serii, która porywa, uzależnia i wywołuje masę emocji. Niezmiennie obłędny główny bohater, interesujące postaci poboczne, barwne opisy walk i rozwiązań taktycznych, a do tego odrobina romantycznych uniesień. Pozornie niewiele, ale wychodząc spod pióra Bernarda Cornwella tworzy coś naprawdę niezwykłego. Bezsprzecznie książki takie jak ta można czytać w nieskończoność i nigdy się one nie znudzą, ponieważ widać w nich nie tylko kunszt autora, ale także pasję i włożone w powieść serce.

niedziela, 8 września 2013

Strzelcy. Inwazja na Hiszpanię, 1809 - Bernard Cornwell



Tytuł: Strzelcy. Inwazja na Hiszpanię, 1809
Autor: Bernard Cornwell
Seria: Kampanie Richard'a Sharpe'a
Wydawca: Instytut Wydawniczy ERICA
Ilość stron: 416
Ocena: 5/6








1809 rok, w Hiszpanii roi się do Francuzów, którzy z powodzeniem podbijają kraj i wypędzają z niego Anglików. Tej wyjątkowo mroźnej zimy Richard Sharpe nadal nie ma łatwego życia. Przydzielony do 95. Regimentu Strzelców jest byle kwatermistrzem, który nie może liczyć nawet na odrobinę sympatii ze strony przełożonych, czy podległych sobie żołnierzy. Problem akceptacji ze strony Strzelców staje się jednak o wiele poważniejszy, kiedy 95. Regiment zostaje zaatakowany przez Francuzów, zaś Sharpe jest jedynym oficerem, który przeżył to starcie. Niestety, jego oddział nie planuje wykonywać poleceń, zaś życiu porucznika zagraża nowe niebezpieczeństwo. W chwili niezwykle kompromitującej bójki na śmierć i życie, hiszpański major, Bias Vivar, ratuje tyłek Sharpe'a i sprzymierza się z jego niewielką grupką Strzelców by dotrzeć do Santiago de Compostela. To miała być bułka z masłem, a jednak okazuje się, że spotkany wcześniej oddział Francuzów nie daje za wygraną. Richard Sharpe kolejny raz musi zmierzyć się z przeważającymi siłami wroga, który wyraźnie czegoś szuka i nieprzypadkowo staje ciągle na drodze 95. Regimentu. Czy porucznik może wierzyć Hiszpanowi, który wyraźnie coś przed nim ukrywa? I czy jest w stanie zyskać posłuch u swoich ludzi?

Strzelcy. Inwazja na Hiszpanię, 1809 to powieść, która różni się odrobinę od poprzednich. Przede wszystkim została napisana na potrzeby ekranizacji telewizyjnej, o czym autor informuje czytelnika już w przedmowie. Co więcej, mimo stałych już fundamentów historycznych, książka w dużej mierze stanowi czystą fikcję literacką. I w końcu, co raczej nikogo nie zdziwi, fabuła w ogromnej części opiera się na walce. Tym razem Richard Sharpe nie stoczy dwóch, trzech potyczek, ale przez cały czas będzie mu towarzyszyć smród prochu, odgłos wystrzałów, niebezpieczeństwo śmierci. Porucznik będzie musiał przeprowadzić swoich ludzi przez prawdziwe piekło walki w polu z konnicą, wyciągnąć ich z zasadzki, przetrwać stosunkowo krótkie oblężenie farmy, odbić miasto z rąk Francuzów, utrzymać je wystarczająco długo by dać Hiszpanom czas na cud, a później wycofać się pozostając przy życiu. W tym czasie Anglicy przyjdą z pomocą Hiszpanom, Hiszpanie Anglikom, a początkowa niechęć oficerów zmieniać się będzie w przyjaźń. W ruch pójdą także pięści, a przeciwnikiem bynajmniej nie będzie wróg.

W Strzelcach nie zabraknie także humoru, który wyraźnie widać mimo ogólnej powagi wywołanej bezustannym niebezpieczeństwem. Jak przystało na bohatera prostego, ale dumnego i ambitnego, Sharpe po prostu musi wywoływać uśmiech na twarzy czytelnika. Jego styl bycia, sposób myślenia, a w tym wypadku nawet aparycja z łatwością wprawią każdego w dobry nastrój. Cóż, metody otrzeźwiania i oduczania strzelców pijaństwa, jakie stosuje Sharpe na pewno są godne podziwu, oryginalne i niezwykle zabawne. Zresztą, zachowanie Richarda podczas ostatecznego starcia z oficerem kawalerii również nie było czymś zwyczajnym, biorąc pod uwagę jego prawdziwego intencje, których chyba żaden czytelnik nie mógł się domyślić. Wszystko to sprawia, iż Kampanie Richarda Sharpe'a można tylko kochać coraz bardziej z każdym kolejnym tomem.

Muszę przyznać, iż niesamowicie spodobał mi się sposób, w jaki tym razem został ukazany główny bohater. Oczywiście, Bernard Cornwell za każdym razem dodaje kilka groszy do kreacji Richarda Sharpe'a, jednakże przy okazji tej części ukazał czytelnikowi bardzo romantyczną stronę naszego porucznika. W sposobie, w jaki Sharpe zakochuje się w przeciągu chwili jest coś zabawnego, ale również niezwykle uroczego. Niemniej jednak, Richard jest także niezwykle wytrwałym, twardym i dumnym mężczyzną, który stara się udowodnić swoją wartość i przytrzeć nosa tym, którzy są mu wrogami. Należy jednak zauważyć, iż w miarę, jak rozwija się kolejna z jego przygód, mężczyzna uczy się powoli, jak być lepszym dowódcą. Krok po kroku walczy ze swoją porywczością i oślim uporem, by ostatecznie naprawdę stać się jednym ze Strzelców 95. Regimentu.

W Strzelcach. Inwazja na Hiszpanię, 1809 naprawdę dużą rolę odgrywa religia, która niejako jest motorem napędowym fabuły. To właśnie głęboka wiara Hiszpanów w cuda i moc ich świętych, przyczynia się do wciągnięcia Sharpe'a w całą intrygę. Gdyby nie wiara strzelcy nie zostaliby zdziesiątkowani, Richard nie przejąłby dowodzenia, może nawet nigdy nie zostałby zaakceptowany przez swój regiment. To także ona odpowiada za spotkanie bohatera z jego nową miłością i za jej utratę na rzecz Hiszpana. Tak się składa, że porucznik nie musi wierzyć w Boga, by miał on wpływ na jego życie, może nie bezpośrednio, ale na pewno poprzez innych ludzi.

Reasumując, jestem przekonana, iż osoby, które poznały się już na niebywałym uroku Richarda Sharpe'a i naprawdę fantastycznym stylu Bernarda Cornwella nie potrzebują zachęty by sięgnąć po Strzelców. W końcu nie łatwo wyjść z uzależnienia, które podnosi poziom adrenaliny we krwi i rozpieszcza zmysł literacki. Wszystkim innym mogę jedynie współczuć, iż w dalszym ciągu nie mieli okazji przeżyć tej niesamowitej przygody, jaką niesie ze sobą każdy tom Kampanii Richarda Sharpe'a i doradzić by szybko zmienili ten stan rzeczy, jako że nie tylko warto, ale nawet trzeba to zrobić!

poniedziałek, 2 września 2013

Forteca. Oblężenie Gawilghur, 1803 - Bernard Cornwell




Tytuł: Forteca. Oblężenie Gawilghur, 1803
Autor: Bernard Cornwell
Seria: Kampanie Richard'a Sharpe'a
Wydawca: Instytut Wydawniczy ERICA
Ilość stron: 458
Ocena: 6/6





Podporucznik Richard Sharpe rozpoczyna swoją oficerską karierę od przewodzenia bardzo samodzielnemu 74. Regimentowi pełnemu Szkotów, którzy w najmniejszym stopniu nie szanują swojego nowego przełożonego. Zresztą, także wyżsi rangą wojskowi traktują go jako zło konieczne, zaś oliwy do ognia dolewa fakt, iż doradzają mu nawet sprzedanie nominacji. Sam pułkownik William Wallace planuje w przyszłości przenieść Sharpe'a do 95. Regimentu Strzelców co, jego zdaniem, wyjdzie mężczyźnie na dobre. Tymczasem Richard zostaje oddelegowany do pomocy leniwemu kapitanowi Torrance'owi, a to pociąga za sobą całą lawinę niefortunnych wypadków. Jak się, bowiem okazuje, wojskowe magazyny niemal świecą pustkami z powodu ciągłych „zaginięć” broni, podków, czy wiader. Sharpe od razu zajmuje się tą sprawą, co przysparza mu wrogów, w tym także w osobie przełożonego. Niestety, na zwykłej niechęci się nie kończy, zaś w konsekwencji, powody do krwawej zemsty mnożą się zaskakująco szybko. Podporucznik ma pełne ręce roboty szukając zarówno sprawiedliwości, jak i okazji do walki z nieprzyjacielem, który zaszył się w podniebnej twierdzy Gawilghur.

Przy okazji kolejnego spotkania z Kampaniami Richarda Sharpe'a, Bernard Cornwell raczy swojego czytelnika nie tylko emocjonującymi scenami walk, ale również tematem życia społecznego. Już na samym początku nasz bohater zostaje rzucony w sam środek „wielkiej szkockiej rodziny”, w której momentalnie awansuje na pozycję czarnej owcy. Napięte stosunki między Szkotami, a Anglikami nie są żadną nowością, jednakże tym razem przyjmują one formę wyrafinowanej gry, w której żołnierze dają odczuć świeżo mianowanemu oficerowi, że nie jest mile widziany w ich szeregach i nigdy nie zostanie zaakceptowany. Brutalne, ale prawdziwe. Niemniej jednak, autor pozwala nam zauważyć także wagę, jaką Szkoci przywiązują do odwagi. Odrzucony przez 74. Regiment, Sharpe znajduje sposób by udowodnić swoją wartość i niewątpliwie zdobywa uznanie kapitana Campbella oraz innych ludzi, którzy za jego przykładem wdrapali się na mury Wewnętrznego Fortu.

Forteca. Oblężenie Gawilghur, 1803 to także bardzo aktualny problem siły pieniądza i znajomości. Oczywiście, to również nie nowość w kontekście Kampanii Richarda Sharpe'a, jednakże tym razem autor położył mocniejszy nacisk na ten konkretny temat. I tu najlepszym przykładem jest Torrance, który dzięki rodzinnym koneksjom nie tylko zajmuje wysokie stanowisko w wojsku, ale również jest w większości przypadków nietykalny. Skorumpowany do granic możliwości mężczyzna bardziej martwi się swoimi długami, niż toczonymi przez swój kraj walkami. Chociaż jego wina jest ewidentna, nikt nie ma odwagi, ani wystarczającej mocy by zakwestionować lojalność Torrance'a. A przecież nie ulega wątpliwości, że takich ludzi jak on, jest w armii o wiele więcej.

Jeśli zaś chodzi o akcję, której w powieści naprawdę nie brakuje, z powodzeniem możemy powiedzieć, iż tym razem w życiu Richarda Sharpe'a wydarzenia pozytywne pozostają w równowadze z tymi negatywnymi. Początkowo sytuacja naszego bohatera jest opłakana i wydaje się z każdą chwilą pogarszać, by w pewnej chwili oficer wypłynął na powierzchnię i ponownie opadł na dno. Ostatecznie jednak wychodzi zwycięsko ze starcia z ponurym i bezlitosnym losem. Należy jednakże zauważyć, iż żadna z opisanych w tym tomie przygód Sharpe'a nie jest jednoznacznie dobra, bądź zła. Cornwell pozwala czytelnikowi poznać różne oblicza fortuny, która wyraźnie czyni z głównego bohatera urodzonego pechowca, nad którym czuwa jakiś wyrozumiały anioł stróż.

Tym razem wypada również przyjrzeć się dokładniej samemu głównemu bohaterowi, którego charakterystykę Forteca bezsprzecznie ubarwia. Albowiem Richard Sharpe, z jakim mamy do czynienia tym razem, okazuje się fajtłapą bez wiary we własne siły i umiejętności, łatwowiernym głupcem, skończonym dupkiem, jak również bezlitosnym aniołem zemsty. W poprzednim tomie Sharpe był wojownikiem, który zabijał w ferworze walki, teraz widzimy go również jako skrytobójcę. I w końcu, nasz bohater jest również człowiekiem, który łatwo daje się ponieść emocjom, nie obawia się podjąć ryzyka i posiada w sobie tę iskierkę niezbędną przywódcy. Bernard Cornwell naprawdę fantastycznie to rozegrał, gdyż ciężko uwierzyć, że ofiara losu z początku książki i prawdziwy bohater z jej końca to ta sama osoba.

Mając za sobą kolejny tom przygód Richarda Sharpe'a, jeśli to możliwe, jestem jeszcze bardziej zachwycona twórczością Bernarda Cornwella, jeszcze bardziej zahipnotyzowana Kampaniami Richarda Sharpe'a i bezgranicznie łasa na kolejne tomy serii. Kawał dobrej lektury, wyraziści bohaterowie, interesujący okres w historii Anglii w tle – czegóż chcieć więcej? Ale ostrzegam, czytanie grozi zakochaniem!

czwartek, 29 sierpnia 2013

Triumf. Bitwa pod Assaye, 1803 - Bernard Cornwell




Tytuł: Triumf. Bitwa pod Assaye, 1803
Autor: Bernard Cornwell
Seria: Kampanie Richard'a Sharpe'a
Wydawca: Instytut Wydawniczy ERICA
Ilość stron: 424
Ocena: 6/6





Richard Sharpe na pewno nie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą, jednakże gdzieś tam w górze, ktoś z pewnością nad nim czuwa. Pełniąc służbę w dalekich Indiach, jeszcze do niedawna mógł cieszyć się świętym spokojem. Niestety, zostaje on gwałtownie i krwawo przerwany, kiedy mężczyzna udaje się do Chasalgaon z zadaniem przetransportowania znajdującej się tam amunicji. Pech chce, że to właśnie zaraz po jego przybyciu fort zostaje zaatakowany przez sprzymierzonego z Mahrattami byłego żołnierza angielskiego, Dodda, i jego popleczników. Śmierć ponoszą wszyscy znajdujący się w forcie mężczyźni i tylko Sharpe cudem ocalił życie, by teraz zmagać się z wyrzutami sumienia. Na szczęście nie grozi mu bezczynne siedzenie w miejscu i użalanie się and sobą, gdyż pułkownik McCandless zabiera go w pogoń za zdrajcą. Sharpe nawet nie przypuszcza, że misja ujęcia majora Dodda odsunie w czasie niebezpieczeństwo grożące mu ze strony wieloletniego wroga.

Bernarda Cornwella polskiemu czytelnikowi z całą pewnością nie trzeba przedstawiać, zaś osoby, które miały już styczność z jego powieściami wiedzą czego mogą się po nim spodziewać. Kolejny raz mamy okazję podziwiać fantastycznie skonstruowany świat, w którym wydarzenia historyczne zgrabnie przeplatają się z fikcją. Kampanie Richarda Sharpe'a nawiązują do okresu wojen napoleońskich i są wypełnione zarówno wydarzeniami rzeczywistymi, jak i zmyślonymi, ale niezwykle istotnymi dla rozwoju fabuły. Czytelnik nieorientujący się zbyt dobrze w angielskiej historii nie jest w stanie samodzielnie oddzielić od siebie prawdy i fikcji. Na szczęście autor konsekwentnie wyjaśnia wszystkie wątpliwości na końcu książki. I tak oto, przy okazji Triumfu Cornwell pozwolił sobie na wplecenie bardzo istotnego, chociaż całkowicie zmyślonego wydarzenia, jakim była masakra w Chasalgaon. Niemniej jednak, biorący w niej udział Dodd jest postacią historyczną, o czym należy pamiętać przy okazji poznawania szczegółów jego przeszłości.

Nie ma wątpliwości, iż Triumf obfituje w krwawe sceny, na które składa się nie tylko epizod w Chasalgaon, ale również oblężenie Ahmednagaru, czy bitwa pod Assaye z 1803 roku, a jednak Bernard Cornwell z wielką wprawą i niezwykłą delikatnością opisuje rozlew krwi, którego świadkami się stajemy. Bardzo ciężko wyjaśnić, w jaki sposób tego dokonuje, jednakże wszystkie opisy mimo swojej dokładności nie odstręczają czytelnika, ale w połączeniu z całością fabuły oraz interesującymi bohaterami fascynują, zachęcają do dalszej lektury, a nawet uzależniają. Z całą pewnością jest to jedna z charakterystycznych cech stylu Cornwella, który może przypaść do gustu każdemu niezależnie od wieku, czy upodobań.

Prawdę powiedziawszy, przy okazji Triumfu wielkim, pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie spora dawka prostego, ale znakomitego humoru. Spodziewałam się powieści utrzymanej w poważnym klimacie prowadzonych przez Anglię wojen, a otrzymałam coś znacznie lepszego. Do tej pory z chęcią wracam pamięcią do zabawnych sytuacji, czy też rozbrajających komentarzy, w które obfituje Triumf. Wierzcie mi, przy okazji wielu fragmentów uśmiech sam ciśnie się człowiekowi na usta, zaś inne zmuszają do głośnego parsknięcia – wypróbowałam to na sobie i moim otoczeniu.

Niemniej jednak, książka porusza także niezwykle poważny i niełatwy temat ceny, jaką ludzka ambicja wyznacza za wierność. Pohlmann, William Dodd, Richard Sharpe, a nawet Obadiah Hakeswill są postaciami kuszonymi przez swoje pragnienia, gotowymi zaryzykować wszystko, by osiągnąć cel – zdobyć pieniądze, zrobić karierę wojskową, zemścić się, udowodnić znienawidzonym ludziom, że nawet zabiedzone dziecko potrafi osiągnąć sukces. Ze starcia między ambicją, a honorem tylko Sharpe zdołał wyjść zwycięsko. Może właśnie po tym znać wartość człowieka, że potrafi porzucić swoje ambicje?

Kilka ciepłych słów wypada powiedzieć także o samym głównym bohaterze, który sprawia, że czytelnikowi miękną kolana. Podejrzewam, że wiele osób spodziewałoby się nieustraszonego wojownika, który swoją idealnością przyćmiewa wszystkich innych bohaterów, a tymczasem Richard Sharpe jest raczej człowiekiem prostym. Oczywiście, mamy okazję przeżywać przygody wraz z niezwykle przystojnym młodym mężczyzną, któremu nie brak odwagi i waleczności (w szczególności w chwili, kiedy to w czasie walki wchodzi w tryb berserka), jednakże jego edukacja zatrzymała się na poziomie czytania krótkich słów, wobec wrogów jest osobą mściwą i bezwzględną, daleko mu do patrioty, czy przykładnego chrześcijanina, zaś jego ambicje mogą doprowadzić go nawet do zdrady kraju. Mało tego, nasz bohater to jedna, wielka ślamazara, kiedy przychodzi do jazdy konnej, co jest po prostu pocieszne. Richarda Sharpe'a nie sposób nie kochać!

Reasumując, Triumf to książka, którą naprawdę można polecić każdemu, kto chociażby w niewielkim stopniu interesuje się powieścią historyczną. W rękach Bernarda Cornwella przygoda, humor, niebezpieczeństwo i walka tworzą niesamowitą całość, którą łatwo pokochać. Już teraz mogę z czystym sercem powiedzieć, iż fani autora będą zachwyceni Kampaniami Richarda Sharpe'a, zaś nowi czytelnicy oszaleją na punkcie twórczości Cornwella.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Kapitanowie 1941. Pseudonim Grzmot - Tomasz Stężała




Tytuł: Kapitanowie 1941. Pseudonim Grzmot
Autor: Tomasz Stężała
Wydawca: Instytut Wydawniczy ERICA
Ilość stron: 488
Ocena: 5/6








Bolesław Nieczuja-Ostrowski wraz z rodziną przenosi się z Przeworska do Krakowa, gdzie dzięki swojej przenikliwości, kontaktom oraz talentowi kulinarnemu żony jest w stanie rozpocząć produkcję oraz naprawę broni.
Borys Borysewicz Awiłow i jego Dywizja Pancerna muszą poradzić sobie ze znajdującymi się w opłakanym stanie „tetkami”, które mają przecież przybliżyć ich do zwycięstwa nad Niemcami i pomóc im przeżyć piekło, które zbliża się wielkimi krokami. Mężczyzna nawet nie podejrzewa, jak pokręcona czeka go przyszłość.
Siergiej Iwanowicz Bars także nie ma łatwo. Jego doświadczenie wojenne z każdą chwilą wydaje się obracać przeciwko niemu, kiedy oczekiwania względem mężczyzny wzrastają, a misje okazują się czystym szaleństwem. Jak długo pożyje mając po swojej stronie niebywałe szczęście i niezaprzeczalny talent?
Otto Wending, Hilmar Schoepffer, Herbert Engbrecht pną się w górę, upadają by powstać i nadal dążą do celu, który chwilami tracą z oczu, gdy ogarnia ich zwątpienie. W czasie wojny żadna droga nie jest prosta i nikt nie może czuć się bezpiecznie.

Kapitanowie 1941. Pseudonim Grzmot to książka, której zawiła fabuła opiera się przede wszystkim na prawdziwych losach naprawdę sporej grupy osób. Sama wspominałam wyłącznie niektórych bohaterów, jako że przedstawienie ich wszystkich byłoby karkołomnym zadaniem. W roku 1941 w życiu tych ludzi działo się naprawdę wiele, a ich drogi wiodły w różnych kierunkach, krzyżowały się, prowadziły w górę, bądź w dół, ciągnęły się w nieskończoność lub kończyły przerażająco szybko. Czytelnik musi wykazać się spokojem i wytrwałością by ogarnąć tę mnogość postaci, wydarzeń, w które ma wgląd, jak również powiązać je ze sobą, by mieć przed oczyma ogólny obraz przedstawionej przez autora historii. To na pewno nie jest łatwe zadanie, ale kiedy czytelnik wdroży się w narzucony z góry rytm, nie jest w stanie przerwać lektury, chce więcej i więcej, drży z niepewności i z troski o ludzi, których żywot poznaje.

Wspomnijmy, iż Kapitanowie 1941 to nie powieść, co zaznacza sam autor, ale biografia. Ba, biografia beletryzowana. Czego więc czytelnik powinien się po niej spodziewać? Przede wszystkim rzeczywistych bohaterów, których losy opisano w sposób przywodzący na myśl powieść historyczną. To prawdziwy strzał w dziesiątkę! Tomasz Stężała sprawił, że życie wszystkich tych ludzi nie jest tylko zbiorem suchych faktów, kolejnym podręcznikiem historii, ale czymś więcej. Postaci, jak również ich losy stają się żywe, bliskie czytelnikowi, docierają do serca i zapadają w pamięć. Wydaje się nam, że naprawdę znamy tych ludzi, możemy wyobrazić sobie to przez co przeszli, jak bardzo cierpieli. Ich przeszłość staje się elementem naszej teraźniejszości, częścią nas samych. Przeszłości nie sposób zmieni, ale można przeżywać ją na nowo.

W swojej przedmowie, autor wspomina, iż starał się podchodzić do bohaterów neutralnie i to czytelnikowi pozostawia ich ocenę. Cóż, mimo wszystko pan Tomasz Stężała stworzył demona, jako że sposób, w jaki ukazuje postaci ma w sobie coś niesamowitego. Mimo krwawych wydarzeń, bezlitosnych decyzji podejmowanych często przez wojskowych, a także wiedzy historycznej na temat krzywd wyrządzonych Polakom przez Niemców i Rosjan, po prostu nie sposób nie odczuwać sympatii względem ukazanych w książce bohaterów, niezależnie od ich narodowości. Naprawdę trudno uwierzyć, że mamy do czynienia z prawdziwymi ludźmi, którzy tworzyli historię. Kiedy docieramy do ostatniej strony pierwszego tomu czujemy wyraźną chęć sięgnięcia po kolejną część, chcemy wiedzieć, co działo się dalej z bohaterami. Czy aby na pewno zginęli? Czy zdołają wyjść z opresji? Czy wrócą do rodzin?

Kapitanowie 1941. Pseudonim Grzmot to książka, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie i zmieniła mnie bezpowrotnie. Nudne i beznamiętne lekcje historii skutecznie zniechęciły mnie do zgłębiania tematyki II wojny światowej, która do niedawna była dla mnie wyłącznie zbiorem statystyk i faktów powiązanych z „ludźmi bez twarzy”. Porównałabym to do jedzenia plastikowych owoców, które nie mają ani smaku, ani zapachu. Tym czasem Kapitanowie 1941 sprawiają, że przeszłość nabiera kształtów, ukazują prawdziwe dramaty, wielkie zwycięstwa, bolesne upadki, nadają historii smaku i zapachu, pozwalają na wzruszenie, ból i tęsknotę za tymi, których nie znaliśmy osobiście, a którzy naprawdę istnieli.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Skald. Karmiciel Kruków - Łukasz Malinowski




Tytuł: Skald. Karmiciel Kruków
Autor: Łukasz Malinowski
Wydawca: Instytut Wydawniczy ERICA
Ilość stron: 420
Ocena: +4/6







Ainar Skald to niezwykle utalentowany pieśniarz biegły nie tylko we władaniu językiem, ale również bronią, co niejednokrotnie ma okazję udowodnić. Uciekając przed depczącym mu po piętach Haraldem Hakonssonem – chcącym zemścić się za śmierć synów i zbezczeszczenie czci córki – układa się z przeciętnie inteligentnym Erlingiem Eysteinssonem, którego postanawia wykorzystać dla osiągnięcia swoich celów. Za sprawą Ainara krew dzielnych wojowników leje się naprawdę obficie, co zmusza pieśniarza do ucieczki na Wsypę Lodów, gdzie spędza pewien czas na próżniactwie i pomaga w pozbyciu się żądnego zemsty drauga. Ucieczka mężczyzny przed mało chwalebną przeszłością nie kończy się jednak w tym miejscu, jako że Skald zaszywa się także na Wyspie Irów w pozornie spokojnym męskim klasztorze. Niestety, nieszczęścia zdają się kroczyć za nim krok w krok i także tutaj nie może zaznać odpoczynku, albowiem w klasztorze giną mnisi, zaś jemu ktoś podrzuca trzyletnią dziewczynkę nieubłaganie uważającą go za swojego ojca. Czy obecność dziecka może mieć coś wspólnego z Czarnowłosą zjawą nawiedzającą mężczyzn we śnie i na jawie? I czy to ta jakże ulotna nieznajoma kobieta zabija swoich kochanków?

Prawdę mówiąc, Skald. Karmiciel Kruków to powieść, której na samym początku trochę się przestraszyłam, jako że nie spodziewałam się takiego natłoku obcego słownictwa, które zawsze utrudnia czytanie i wprowadza pewne zamieszanie. Oczywiście, należy potraktować to jako cenną lekcję przybliżającą nam dawną Skandynawię, jej język i elementy kulturowe, jednakże czytelnik musi również uzbroić się w cierpliwość i dzielnie przebrnąć przez pierwsze kilkadziesiąt stron. Im dalej posuwamy się jednak w lekturze, tym płynniejszy wydaje się nam styl autora, z tym większą łatwością wczuwamy się w klimat powieści. Tak więc, w pewnym momencie możemy całkowicie poddać się fali przygody, kiedy pozbywamy się tego, co w mniejszym, bądź większym stopniu irytuje w pierwszym rozdziale.

Trochę bardziej rozwlekłym, chociaż nadal drobnym minusem powieści jest waga, jaką autor przykłada do pieśni tworzonych przez głównego bohatera. Od czasu do czasu mamy okazję poznać wzbogacone o fachowe nazewnictwo sposoby sklecania pieśni, na które niezainteresowany tematem czytelnik machnie ręką, a nad którymi z chęcią tu, czy tam rozwodzić się będzie Ainar. Nazwijcie mnie ignorantem, ale prawdę mówiąc nie wiem, czym tak naprawdę zachwyca się nasz ekscentryczny pieśniarz i wydaje mi się to trochę nazbyt pompatyczne. Niemniej jednak, z powodzeniem można przymknąć na to oko, jako że taki już urok Ainara Skalda, a przecież każdy ma jakieś zboczenie, więc dlaczego on miałby być go pozbawiony?

Bardzo ciekawym, chociaż ryzykowanym posunięciem było odniesienie się w powieści do mało popularnego oblicza dawnej religii skandynawskiej. O ile znacznej większości osób wikingowie zawsze kojarzyć się będą z Odynem i Thorem, o tyle pan Łukasz Malinowski postanowił otworzyć nam oczy i pokazać, że nawet pogańskie wierzenia Skandynawów miały naprawdę wiele imion. Tym bardziej interesujący jest więc drobny dodatek na końcu książki, który odnosi się do wierzeń dawnych ludów skandynawskich. A skoro w temacie religii jesteśmy. Wbrew pozorom, zdecydowanie większa część powieści porusza temat chrześcijaństwa, z którym mamy do czynienia już od pierwszej strony, gdzie natykamy się na prawiącego kazanie mnicha. Do tej konkretnej religii powracamy także przy okazji obszernego epizodu rozgrywającego się w klasztorze, gdzie zauważamy zarówno niedorzeczne oblicze chrześcijaństwa, jak i jego świętobliwą twarz pokutującego męczennika. Jednym pogaństwo i chrześcijaństwo pasować będą do siebie jak pięść do oka, inni z pewnością uznają, iż nie sposób pisać o wikingach i nie poruszyć tematu coraz powszechniejszych wierzeń monoteistycznych. W tym temacie ocenę pozostawiam Wam.

I w końcu, największy plus książki, czyli fakt, iż autor uchylił delikatnie drzwi tajemnicy życia po śmierci. Otóż jesteśmy świadkami stosunkowo krótkiego wydarzenia z pośmiertnego życia Ainara Skalda, które okazuje się zdecydowanie szczęśliwsze, niż to ziemskie. Piwo, kobiety, walka i nieśmiertelność – czegóż chcieć więcej? Jak widać, chrześcijańskie piekło nie wyciągnęło swoich ognistych macek po duszę tego dzielnego wojownika. Równie interesujący okazał się motyw drauga będącego chodzącym trupem w zaawansowanym stadium rozkładu. Powiem szczerze, nie spodziewałam się tego, że naszemu bohaterowi przyjdzie walczyć z istotą, którą my nazwalibyśmy po prostu zombie, a jednak autor odważnie wchodzi na ścieżkę folkloru, który w jego powieści jest równie żywy, co nasz dzielny Skald. Także historia zatytułowana Wielość i Jedność stanowi nie lada gratkę dla czytelnika lubującego się w nutce paranormalnego klimatu oraz niebezpiecznych zagadkach z trupem w tle.

Podsumowując, Skald. Karmiciel Kruków to powieść, która mimo niepewnego początku naprawdę wciąga. Jej lektura sprawia przyjemność, niejednokrotnie wywołuje na twarzy uśmiech, a przede wszystkim zapewnia rozrywkę, której ulega się z rozkoszą. Wierzcie mi, warto przymknąć oko na początkowe niedociągnięcia pierwszej opowieści by później odczuć satysfakcję przy okazji kolejnych historii.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Pieśń Miecza - Bernard Cornwell



Tytuł: Pieśń Miecza
Autor: Bernerd Cornwell
Wydawca: Instytut Wydawniczy ERICA
Ilość stron: 528
Ocena: 5/6



Od wydarzeń opisanych w Panach Północy minęły cztery spokojne lata, podczas których Anglia nabierała sił po niedawnych zaciekłych wojnach między Sasami, a Duńczykami. Sytuacja kraju zdaje się stabilizować, jednakże nie na długo, jako że tym razem to Norwegowie zacierają ręce spoglądając łapczywie na ziemie Wessexu. Uhtred, szczęśliwy ojciec dwójki dzieci, zakochany do szaleństwa w swojej duńskiej żonie, przyjmuje w swoich progach Aethelwolda, bratanka króla Alfreda, który utrzymuje, iż zmarły wojownik powstały z grobu zdradził mu tajemnicę przyszłości, która wydaje się niezwykle barwna zarówno dla niego, jak i dla Uhtreda. Obaj mają, bowiem zostać królami na Angielskiej ziemi – świetlna wizja przyszłości i tylko głupiec uwierzyłby w podobne zapewnienia wypływające z ust „moczymordy”. Co może się jednak stać, jeśli tego samego objawienia na własnej skórze doświadczy dzielny wojownik? Niestety, los bywa przewrotny, a jego sploty nie łatwo zerwać, gdy złączą się z innymi ludźmi. I tak oto, rozbity między ambicją, a danym słowem Uhtred zostaje zobowiązany do zdobycia Londynu i oddania go w prezencie ślubnym swojemu znienawidzonemu kuzynowi, który ma szczęście poślubić ukochaną córkę Alfreda. Czy może być coś gorszego niż odwalanie brudnej roboty za niedoświadczonego, krnąbrnego i zadufanego w sobie krewnego? Jak widać nie tylko Uhtred potrafi zagrać nieprzyjaciołom na nosie.
Przygoda trwa, historia toczy się dalej, niebezpieczeństwa nie sposób zażegnać, a wrogowie nigdy nie śpią. Przy okazji czwartego spotkania z Uhtredem z Bebbanburga bezsprzecznie widzimy, jak wiele wydarzeń może nakładać się na siebie jednocześnie i tym samym sprawiać, że ludzkie życie przypomina wody wzburzonego morza, które rozbijają się o skały, niszczą, zabijają, nigdy nie są bezczynne. W Pieśni Miecza bez trudu odnajdujemy ruch fal istnienia, zestawienie potężnych, przeciwstawnych sił, potęgę ambicji i czyste szaleństwo, którym kieruje serce. Ta część to nie tylko akcja, walka i rozlew krwi, ale także mnogość uczuć, które wypełniają bohaterów. Wszystko to sprawia, iż czwarty tom Wojen Wikingów łączy w sobie wiele wątków, zaś wydzielone przez autora trzy części fabuły dokładnie nakreślają zmiany następujące w opowiadanej historii.
Za bardzo istotny uważam fakt, iż już na samym początku powieści mamy do czynienia z licznymi uczuciami. Narrator nie od razu pozwala porwać się przeszłości, ale zdradza wiele szczegółów dotyczących swojego aktualnego życia, niejednokrotnie powraca myślami do sobie współczesnej teraźniejszości, która kreśli nam żywszy obraz starości Uhtreda, rozbudza ciekawość, a także zdaje się pozwalać na rozładowanie emocji samemu narratorowi. Także w snutym starannie opowiadaniu dostrzegamy mnogość uczuć. Główny bohater niejednokrotnie wspomina o odczuwanym przez siebie strachu wywołanym bliskim porodem żony, o niepewności przed walką, o sympatii, bądź antypatii względem innych. Nie jest on jednak jedyną postacią, której kreację kreślą uczucia. Czytelnik ma do czynienia z całą paletą przeróżnych emocji, które dominują nad dotąd przeważającą mocą charakteru. To, co do tej pory było bezbarwne nagle może okazać się białe, bądź czarne, jako że autor odkrywa przed nami zmienność ludzkiego oblicza.
W Pieśni Miecza niezwykle widoczny jest również motyw miłości, który mogliśmy zaobserwować już przy okazji poprzedniego tomu. Tym razem jest ona rozwiniętym, głębokim uczuciem, które łączy ludzi, zamienia świat w raj, oplata człowieka ciasnym kokonem słodyczy. Czytelnik zostaje wciągnięty przez bezkresny wir czułości kochanków, roztaczanej przez mężczyznę opieki, ale także natrafia na chorobliwą zazdrość, nad którą nie sposób zapanować, na tragedię i ból, które nieodłącznie towarzyszą prawdziwym, gorącym uczuciom. Wszystko to składa się na rozległy wachlarz miłosnych odcieni, który można analizować pod dowolnym kątem. Bernard Cornwell z prawdziwym wyczuciem pokierował wątkiem, który chwyta za serce, koi, złości, czy zasmuca. Czytelnik naprawdę czuje to, co czyta.
Emocje i miłość to jednak nie wszystko, z czym mamy do czynienia podczas lektury Pieśni Miecza, albowiem nadal towarzyszy nam wszechobecna epicka historia grabieżczych najazdów, walki w obronie swojego terytorium, poddawania się losowi i próby zajrzenia w przyszłość. Dane słowo przeciwstawione zostaje ogromnej ambicji, kłamstwa – prawdzie; religijne nakazy – zdrowemu rozsądkowi. Powieść niezmiennie pozostaje tytułem prezentującym historyczne wydarzenia w świetle niezwykle barwnym, zaostrzonym w mniejszym, bądź większym stopniu fikcją literacką. Czytelnikowi nie grozi więc nuda, gdyż może z coraz większą pasją śledzić losy Uhtreda i nękanej wojną Anglii.
Mając wszystko to na uwadze, trzeba przyznać, że Pieśń Miecza różni się w pewnym stopniu od poprzednich tomów, ale nic na tym nie traci idealnie wkomponowując się w świat przedstawiony. Lekkie pióro autora sprawia, że historia wciąga, a nawet uzależnia. Mało tego, Wojny Wikingów rozbudzają ciepłe uczucia względem kultury i religii walecznych korsarzy. Jest to więc pozycja obowiązkowa dla osób interesujących się tym klimatem, jak również godna polecenia każdemu miłośnikowi przygody, walki i historii. Bernard Cornwell naprawdę zasługuje na uwagę!

czwartek, 11 kwietnia 2013

Panowie Północy - Bernard Cornwell



Tytuł: Panowie Północy
Autor: Bernerd Cornwell
Wydawca: Instytut Wydawniczy ERICA
Ilość stron: 536
Ocena: 6/6





Po latach wojaczki u boku Alfreda, po uwolnieniu Wessexu z rąk wikingów i odebraniu marnej zapłaty za swój niezastąpiony wkład w zwycięską batalię, Uhtred postanawia zająć się swoimi prywatnymi sprawami i zemstą za dawne krzywdy. W tym celu opuszcza Zachodnią Anglię i wyrusza do ukochanej Northumbrii, w której wcale nie dzieje się dobrze. Podburzeni przez duchownego Sasi porwali za broń i krwawo rozprawili się z poganami, którzy na swoje nieszczęście znajdowali się w pobliżu. Jeden z osiadłych w mieście Duńczyków, poczciwy Bolti, wynajmuje Uhtreda by wraz z rodziną uciec z Eoferwic. W ten właśnie sposób niepokonany Saski bohater zmuszony jest przejść przez niebezpieczne ziemie Kjartana Okrutnego, a tym samym natknąć się na jego syna. Swen Jednooki, nie mniej bezwzględny od ojca, okazuje się jednak nie posiadać lotnego umysłu, a co więcej jest okropnym tchórzem. Pokrętne prządki splatają nić życia Uhtreda z losem Guthreda, króla w niewolniczych kajdanach, którego niejako sam Bóg postanowił namaścić na władcę. Od tej pory młody Saski wojownik trwać będzie u boku Guthreda służąc mu radą i swoim mieczem. Czyżby Uhtred w końcu znalazł króla, który potrafi docenić jego liczne zalety?
Panowie Północy to trzecie spotkanie z wyjątkowymi bohaterami Wojen Wikingów, które niejako zamyka pewien etap w życiu Uhtreda i Ragnara. Jedna z intryg rozpoczętych w tomie pierwszym odnajduje swój kres na kartach tej części i pozwala odetchnąć z ulgą wszystkim, którzy wyczekiwali zemsty, a jednak powieść nadal trzyma w napięciu, gdyż nie wszystko zostało zrobione. Przed Sasem jeszcze długa droga by wszystkie krzywdy zostały pomszczone, a jego duch znalazł w końcu ukojenie. Wrogowie mnożą się, bowiem i każdy jeden pokonany wydaje się odpowiadać całej masie nowych. Jeśli więc ktokolwiek sądził, że tym razem historia nas zawiedzie i okaże się niewystarczająca by zaciekawić, to był w wielkim błędzie. Bernard Cornwell nie daje za wygraną, a jego opowieść nabiera coraz to szybszego tempa.
Jak wspominałam przy okazji poprzednich recenzji tej serii, każda książka wydaje się nieść ze sobą jakiś rodzaj konfliktu pomiędzy dwoma przeciwstawnymi obozami – Anglicy/Duńczycy, chrześcijaństwo/religia pogańska. Tym razem mamy jednak okazję znaleźć się w złotym środku tych wojen. Northumbria łączy w sobie obie strony sporu i chociaż podburzani ludzie często zakłócają wątły spokój, to współistnienie Sasów i Duńczyków nie jest wykluczone. Przykładem może być Guthred, który jest przecież Duńczykiem, a jednocześnie będąc wybranym przez Boga przyjmuje chrześcijaństwo, czym zaspokaja potrzeby zwaśnionych ludzi. Czytelnik widzi również jak wiele wysiłku kosztuje utrzymanie pokoju na tak niepewnym gruncie, jak wiele można zniszczyć jednym nierozsądnym posunięciem.
Nie mniej jednak, Panowie Północy to nie tylko powieść ukazująca chwiejną równowagę, ale przede wszystkim zemstę. Od samego początku, aż po koniec mamy do czynienia z przejmującymi emocjami, które dotyczą wzięcia odwetu za wyrządzone krzywdy. Kobiety mszczą się na swoich gwałcicielach, niewolnicy na swoich panach, dzieci na zabójcach swoich rodziców, inteligentny przeciwnik na głupcu, zaś zdradzony wojownik wymierza sprawiedliwość osobom, które przyczyniły się do jego zniewagi. To właśnie zemsta jest motywem przewodnim tego tomu i bezsprzecznie widzimy jej różne oblicza, które mogą fascynować, ekscytować, bądź wydawać się jawnym zaprzeczeniem zasad moralnych.
Nie można jednak zapomnieć o intrydze miłosnej, której świadkami jesteśmy przy okazji tego tomu. Naturalnie, Uhtred nigdy nie był święty, pokładał się z kobietami, kochał jak szaleniec, ale jego serce nadal pozostaje do wzięcia. Warto o tym wspomnieć, jako że tym razem autor poświęca o wiele więcej miejsca na miłosne perypetie bohatera. Nie można nazwać tego romansem, jednak na pewno czyta się o tym w wyraźną przyjemnością. Kim więc tym razem jest oblubienica Uhtreda? Do czego zdolny jest mężczyzna by zdobyć ukochaną kobietę i nie oddać jej innemu? Co więcej, wnikliwy czytelnik może zaobserwować zupełnie nowe i niespodziewanie rodzące się uczucie, które na pewno zaskakuje i cieszy. Nie zdradzę jednak czyje serce nagle zabije gwałtowniej, jako że nie chcę psuć niespodzianki rozkochanym w serii osobom.
Podsumowując, Panowie Północy to kolejna genialna lektura, która wyszła spod naprawdę znakomitego pióra Bernarda Cornwella. To także kolejna niezapomniana przygoda, odrobina czegoś nowego, świetnie stworzone postaci, drobna dawka historii, zaś w całości książka jest kolejnym powodem, dla którego warto zainteresować się nie tylko powieścią historyczną, ale także pozycjami, którymi raczy nas autor. Naprawdę polecam!

czwartek, 4 kwietnia 2013

Zwiastun Burzy - Bernard Cornwell



Tytuł: Zwiastun Burzy
Autor: Bernerd Cornwell
Wydawca: Instytut Wydawniczy ERICA
Ilość stron: 600
Ocena: -6/6






Bernard Cornwell kolejny raz udowadnia czytelnikowi, że historia w niczym nie ustępuje fantastyce i podobnie jak baśniowy świat potrafi wciągnąć w wir przygody, uzależnić, rodzić bohaterów i epickie konflikty, zaś Zwiastun Burzy w pełni oddaje prawdziwość tej teorii. Jak widać, nie trzeba tworzyć nowych ras, szukać coraz to wymyślniejszych wrogów i obdarzać bohaterów nadprzyrodzonymi zdolnościami by porwać czytelnika i zafundować mu niezapomnianą przygodę. Naszą rzeczywistość użyźniły całe hektolitry przelanej w walkach krwi, zaś Cornwell na tej jakże urodzajnej ziemi zasadził swój ogród Wojen Wikingów.

Po zwycięskiej bitwie pod wzgórzem Cynuit, nie zważając na dobre rady przyjaciela dwudziestoletni Uhtred wyrusza na poszukiwanie swojej żony i nowonarodzonego dziecka, by dopiero mając pewność, co do ich bezpieczeństwa dołączyć do króla, któremu przyrzekał wierność. Niestety, znienawidzony rywal zdecydowanie wcześniej znalazł się u boku Alfreda sącząc jad w podatne serce chrześcijańskiego władcy. Dumny, nieustraszony i nieokiełznany Uhtred nie potrafi znieść ignorancji, jaką odpłaca mu się za zwycięstwo nad wrogiem, toteż poniżony popada w niełaskę, a odesłany z królewskiego dworu osiada na ziemiach swojej żony, by tam wieść z pozoru spokojne życie, podsycać swoją nienawiść względem angielskiego władcy. Bezczynność bynajmniej nie wychodzi mu na dobre, gdyż powoli młody mężczyzna odsuwa się od swojej małżonki, szuka ucieczki od nudy i nowej, beznadziejnej egzystencji. Pomoc przychodzi z najmniej spodziewanej strony i wtedy niepokorny dziedzic Northumbrii rozpoczyna swoją piracką przygodę, zaś niedługo później powraca na drogę wojownika, gdy rozpoczyna się kolejna bitewna zawierucha.

Akcja drugiego tomu Wojen Wikingów rozpoczyna się tam, gdzie końca dobiegło Ostatnie Królestwo i chociaż pierwsza część serii była niewątpliwie genialna, to druga okazuje się jeszcze lepsza, jeszcze bardziej porywająca i bezsprzecznie hipnotyzująca. Albowiem fabuła posuwa się coraz bardziej do przodu, Duńczycy nie rezygnują ze swojego planu podbicia Anglii, pokój zostaje zawarty by niedługo później obietnice i przysięgi łamano, zaś główny bohater w dalszym ciągu tkwi pośrodku całego zamieszania próbując odnaleźć swoją drogę, swoje przeznaczenie. A przeznaczenie jest wszystkim - Wyrd bið ful aræd.

O ile w poprzednim tomie dominowało wewnętrzne wahanie Uhtreda, co do podejmowanych przez niego decyzji, o tyle teraz młody mężczyzna całkowicie poddaje się swojemu losowi wypatrując znaków od bogów, podążając za wewnętrznym głosem, który podpowiada mu, po której stronie konfliktu musi się opowiedzieć. Trzy przewrotne Prządki zdecydowanie bawią się losem głównego bohatera, który brata się ze znienawidzonym królem musząc zabijać ludzi, którzy są mu najbliżsi zarówno w stylu bycia, jak i wierzeniach. Los bywa nieobliczalny i tylko królowe cieni wiedzą, co może się wydarzyć w przyszłości.

Naturalnie, to bliski bohaterowi, pogański sposób patrzenia na świat. Czy jednak historia młodego Uhtreda nie jest dowodem na to, że przeznaczenie istnieje, zaś chrześcijanie złudnie pokładają nadzieję w swoim Bogu? Zwiastun Burzy jest powieścią, w której konflikt pomiędzy Duńczykami, a Anglikami przeplata się z wojną wierzeń. Chrześcijański Bóg, jego zastępy świętych i modlących się nieustannie księży stają naprzeciw pogańskich bogów i rzeszy dzielnych wojowników, którzy nie marnują czasu przelewając krew. Nie oszukujmy się, w tej części sagi chrześcijański Bóg śpi zaś stare wierzenia i pogańskie czary zbierają największe żniwo. Jak może zapatrywać się na to czytelnik? To zdecydowanie sprawa indywidualna. Ja osobiście stoję po stronie rozsądniejszych Duńczyków i z bólem obserwuję naiwność Alfreda i wręcz obsesyjne podejście jego żony.

Co się zaś tyczy samej historii, niewątpliwie ma wielki wpływ na czytelnika, który bez reszty oddaje się we władanie sił rządzących tą lekturą. Wściekłość, furia, bezsilność i beznadzieja towarzyszą nam przez cały czas, a wszystkie te uczucia, które pierwotnie należeć musiały do Uhtreda, zdecydowanie znajdują swoje ujście w czytelniku, który nie pozostaje biernym obserwatorem zdarzeń, ale przeżywa je wraz z bohaterami. Miejscami mamy ochotę porwać za topór i pozbawić bohatera dylematów, bądź przejmując pałeczkę samodzielnie poprowadzić wojska do walki. Zwiastuna Burzy się nie czyta, ale przeżywa.

Nie mniejszą moc uwodzenia posiada widoczny w powieści humor. Ironiczne komentarze Uhtreda, wręcz osłabiająca naiwność Alfreda i talent aktorski Aethelwolda sprawiają, że przy tej dosyć poważnej lekturze niejednokrotnie na naszej twarzy zagości uśmiech. Nic więc dziwnego, iż miłość do tego tytułu rodzi się samoistnie.

Reasumując, Bernard Cornwell pokazuje światu, jak wielka siła drzemie w przeszłości, jak skomplikowanym organizmem jest człowiek, jak bardzo się zmienia wbrew własnej woli. Co więcej, porywa czytelnika w świat pełen konfliktów i rozlewu krwi, a jednocześnie przedstawia wszystko z właściwą sobie subtelnością i dobrym smakiem. Możecie mi wierzyć, bądź nie, ale ta powieść jest zdecydowanie lepsza niż niejedna fantastyka.


piątek, 29 marca 2013

Ostatnie Królestwo - Bernard Cornwell



Tytuł: Ostatnie Królestwo
Autor: Bernerd Cornwell
Wydawca: Instytut Wydawniczy ERICA
Ilość stron: 544
Ocena: -5/6





866 rok, do Northumbrii przybywają Duńczycy, którzy wytrwale podbijają prowincję zabijając panującego tam eldormana, a wcześniej jego najstarszego syna. Podczas jednej z potyczek drugi syn władcy, a teraz także młody dziedzic, dziewięcioletni Uhtred zostaje uprowadzony przez duńskiego jarla, Ragnara i bardzo szybko zjednuje sobie miłość nieustraszonego wojownika. To u boku tego budzącego respekt i strach mężczyzny chłopak uczy się cieszyć i korzystać z życia, powraca do starych, pogańskich wierzeń, szkoli się w sztuce walki, podstawach żeglarstwa. Rozpieszczany przez człowieka, którego z czasem zaczyna traktować jak ojca, przyjaźniąc się z jego synem, zabijając Anglików i czując się Duńczykiem młodzieniec waha się przez cały czas nie mając pojęcia, kim tak naprawdę jest, gdzie znajduje się jego miejsce, komu powinien służyć, po której stronie walczyć. Im starszy się staje, tym trudniejszy okazuje się wybór. Uhtred jest jak drobna łódka, której drogę wytyczają fale bezkresnego oceanu miotając nią na wszystkie strony w zależności od kierunku wiatru, siły przypływu i odpływu. Jak się jednak okazuje, kotwicą, która mimo wszystko trzyma tę angielską łódź u duńskich brzegów jest właśnie Ragnar. Tylko czy można przyjąć, że ten niezwyciężony wojownik jest też długowieczny i niezniszczalny? Po której ze stron ostatecznie opowie się Uhtred?
Ostatnie Królestwo to pierwszy tom cyklu Wojny Wikingów opierającej się na historii Anglii IX wieku. Bernard Cornwell splótł ze sobą fakty historyczne, autentycznych bohaterów oraz czystą fikcję, co ostatecznie nadało kształt i charakter epickiej serii, w której łatwo jest się zakochać. Pierwszy tom cyklu cechuje na pewno lekkie pióro, zgrabnie prowadzona akcja, jak również subtelność opisów. Za bardzo istotny uważam, bowiem fakt, iż powieść nie ocieka krwią, gwałtem i przemocą, ale pozwala na rozkoszowanie się historią młodego Uhtreda, każdym istotnym wydarzeniem, jakie miało miejsce w jego życiu. Dzięki temu powieść można polecić zarówno starszym czytelnikom, jak i młodszym zafascynowanym historią Anglii. Osobiście bardzo żałuję, iż książka ta nie pojawiła się na rynku w czasie pierwszego roku moich studiów na filologii angielskiej, jako że na pewno pomogłaby mi rozbudzić większe zainteresowanie historią kraju, który w pewnym stopniu był mi przecież bliski.
W Ostatnim Królestwie naszym przewodnikiem po angielskiej ziemi i narratorem jest Uhtred, który z perspektywy czasu opowiada czytelnikowi o tym, co przeżył, ocenia swoje postępowanie, wspomina mimochodem o tym, co miało wydarzyć się później, a tym samym zachęca do dalszej lektury. Mimo pierwszoosobowej narracji, powieść pozostaje historyczną relacją z czasów duńskich najazdów, zaś czytelnik nie musi obawiać się szczegółów seksualnego wejścia w dorosłość, czy nadmiernego rozczulania się nad swoim losem. W przypadku tej książki wszystko jest wyważone, staranne, pozbawione przesadnej melancholii, nadmiernej uczuciowości, religijnej pasji, za to stanowi kawał naprawdę interesującej i hipnotyzującej lektury.
Osobiście wielką miłością darzę bohaterów wykreowanych przez autora w sposób, który zjednuje im sympatię czytelników, komplikuje życie Uhtreda, nie pozwala jednoznacznie określić, jaką przyszłość ma przed sobą chłopak. Nie mam wątpliwości, że sam odbiorca zmaga się z nie lada problemem, gdy czytając powieść usiłuje opowiedzieć się po jednej ze stron. Dylematy Uhtreda bardzo szybko stają się bliskie czytelnikowi, który podobnie jak bohater walczy sam ze sobą starając się wybrać między wesołym, pełnym życia, wojowniczym Duńczykiem, a pobożnym, schorowanym i pozornie słabym Anglikiem. Także postaci poboczne mają w sobie coś, co przyciąga i pozwala obdarzyć je uczuciem, bądź znienawidzić z powodu ich postępowania. Na własnej skórze przekonałam się, iż w przeciągu jednej chwili czytelnik może uzależnić się od niektórych bohaterów, zaś do nich na pewno zalicza się Ragnar.
Sama fabuła nie tylko stanowi historyczno-fikcyjny obraz czasów najazdów wikingów, ale także nabiera kształtu bardziej filozoficznego, nastawionego na przemyślenia, analizę serca. Uhtred jest, bowiem chorągiewką wystawioną na działanie przeciwnych wiatrów. Wychowany w duchu chrześcijaństwa od początku czuje swego rodzaju pociąg do dawnej religii swojej ojczyzny. Nie mając dowodów na istnienie Jedynego Boga uznaje go za pomniejsze bóstwo chrześcijan, podczas gdy z podziwem patrzy na Odyna i Thora, którzy wydają się rozmawiać ze swoimi ludźmi, pomagać im w walce. A jednak chłopak zmuszony jest ukrywać swoją przynależność do pogańskiej religii przed gardzącymi nią wyznawcami Boga. Drugim, wspomnianym już wcześniej, konfliktem, z którym chłopak musi sobie radzić jest przynależność do Duńczyków z potrzeby serca i Anglików z racji urodzenia. Los stawia chłopaka to po jednej, to znowu po drugiej stronie, a on sam nie jest pewien, która z nich pomoże mu odzyskać jego ziemie w Northumbrii. Za kim powinien się opowiedzieć? Za podziwianymi Duńczykami, czy może nielubianym królem angielskim?
Podsumowując, Ostatnie Królestwo to epicka powieść, która naprawdę jest warta zainteresowania czytelników, jako że zapewnia godną rozrywkę, uczy rzetelnie obrazując realia życia i sposób myślenia ludzi w IX wieku, rozwija zainteresowanie Anglią, jej historią, religią Duńczyków. Jest więc pozycją, której zgłębienie nie czyni nas biernymi, ale pozwala nam się rozwinąć. Jest dowodem na to, że historii nie trzeba się obawiać.