Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 kwietnia 2016

czwartek, 10 marca 2016

Książkowy trailer: The Witch Hunter. Łowczyni

Panie, Panowie, Chłopcy i Dziewczęta, pozwólcie zachęcić się jeszcze bardziej do sięgnięcia po magiczną nowość Wydawnictwa Jaguar, The Witch Huner. Łowczyni!

poniedziałek, 20 października 2014

poniedziałek, 25 listopada 2013

Kuroshitsuji vol. 13 - Yana Toboso






Tytuł: Kuroshitsuji vol. 13
Autor:Yana Toboso
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 194
Ocena: 6-/6




Dramatyczna sytuacja na pokładzie liniowca powoli się uspokaja. Ludzie, a przynajmniej ci, którym udało się przeżyć, wydostali się ze śmiertelnej pułapki wewnątrz statku i teraz, mając nadzieję na pomoc, rozsiadają się w szalupach ratunkowych. Niestety dla Ciela to nie koniec zadania, gdyż do jego obowiązków należy dokopanie się do samego serca całej tej masakry. Mając pewność, że Lizzie i Snake znajdują się w dobrych rękach powraca do wypełniania swoich obowiązków. Tak się jednak składa, że to nie koniec atrakcji, gdyż na scenie pojawia się Undertaker, który ujawnia kilka ze swoich niewątpliwie licznych tajemnic. Któż spodziewałby się takiego obrotu spraw? I nagle sytuacja znowu się zaognia, zaś niebezpieczeństwo kolejny raz staje się naprawdę poważne i nieuniknione. Dla naszego młodego hrabiego i jego demonicznego kamerdynera taniec śmierci trwa nadal.

Trzynasty tom Kuroshitsuji to nie akcja, ale przede wszystkim trzy naprawdę istotne i interesujące rewelacje, o których nie sposób nie wspomnieć, jako że razem tworzą całą fabułę tej części serii. Na samym początku autorka pozwala czytelnikowi na wgląd w psychikę oraz elementy przeszłości Elizabeth, która przecież zaskoczyła nas pod koniec poprzedniego tomu. Uciążliwa, słodka do zemdlenia i wiecznie uśmiechnięta „mała dziewczynka” okazuje się nie tylko utalentowana w dziedzinie szermierki. Ot, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Lizzie ma, bowiem swoje powodu by zachowywać się jak niewinne, słabe dziecko. Wszystkie podejmowane przez nią decyzje mają za zadanie pomoc Cielowi i idealne dopasowanie się do niego, nawet jeśli oznacza to, iż pannica utknie na zawsze w „ciele” dziewczynki. Podejrzewam, że po tym tomie nigdy już nie spojrzę na Elizabeth tak samo, jako że jej obraz naprawdę uległ ogromnej zmianie. To co dawniej irytowało, teraz nabrało sensu.

Niemniej jednak, prawdziwa twarz Lizzie to niewielkie zaskoczenie w porównaniu z tym, co szykuje dla nas Undertaker. Zawsze dziwaczny, trochę niepokojący i zakrawający na niegroźnego szaleńca przydatny człowieczek, okazuje się kimś zupełnie innym. Różnica między osobą, za którą mieliśmy go do tej pory, a jego prawdziwym obliczem jest kuriozalna. Czy można było się tego domyślić? Nie sądzę! Naprawdę trudno jest pisać o nim z jednoczesnym zachowaniem tajemnicy, by nie psuć lektury osobom, które jeszcze z tym tomem nie miały do czynienia. Zdradzę jednak, iż w tym tomie mamy okazję „zajrzeć pod grzywkę” naszego ekscentryka, a jest na co popatrzeć!

I w końcu, ostatnia ciekawostka tego tomu, czyli kolejne elementy wspólnej przeszłości Sebastiana i Ciela zostają ujawnione! Wprawdzie w sposób niecodzienny, trochę niepokojący i zapewne w najmniej odpowiednim momencie, ale przecież śmierć nie umawia się na wizytę z miesięcznym czy przynajmniej tygodniowym wyprzedzeniem. Czytelnik wie już doskonale, w jaki sposób młody Phantomhive wyrwał się z krwawej matni, w jakich okolicznościach po raz pierwszy zetknął się z Sebastianem. Teraz za to mamy okazję obserwować pierwsze kroki demonicznego kamerdynera w jego nowej roli, pierwsze wpadki, otrzymywane napomnienia, bury i spięcia na relacji pan-sługa. Bardzo interesujący jest również fakt, iż poznajemy niektóre opinie naszego demona na temat jego nowego pana. Sebastian z pewnością nie miał łatwego startu, kiedy ze wszystkich zabiedzonych i skrzywdzonych dzieci trafił akurat na Ciela. W tej sytuacji pojawia się pytanie. Jak można zakończyć tom w takim momencie?! To niehumanitarne!

W jaki sposób można więc podsumować trzynasty tom mangi Kuroshitsuji? Fantastyczny, zaskakujący i nieludzko zakończony! I jak tu wytrzymać do grudnia?!

środa, 30 października 2013

Kuroshitsuji vol. 12 - Yana Toboso




Tytuł: Kuroshitsuji vol. 12
Autor:Yana Toboso
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 194
Ocena: 5/6




Kiedy ożywiony przez Elitę Jutrzenki trup młodej kobiety zaczyna zabijać niewinnych, naiwnych ludzi, do akcji wkracza Ronald Knox – przesadnie entuzjastyczny Mroczny Żniwiarz. Jakkolwiek pomocny, jest także niezwykle uciążliwy, co zmusza Sebastiana i Ciela do rozdzielenia się. Niestety dochodzi do tego w możliwie najgorszym momencie, gdyż młody hrabia z pewnością potrzebuje swojego utalentowanego kamerdynera. Tak się mianowicie składa, że pokład Campanii pełen jest żądnych krwi, bezrozumnych bestii, które już rozpoczęły swoją masakryczną ucztę w przerażającym tempie zabijając pasażerów oraz załogę statku. Szalony eksperyment wymknął się całkowicie spod kontroli i teraz Ciel Phantomhive ma pełne ręce roboty dokładając wszelkich starań by ocalić nie tylko swoje życie, ale także swoją słodką narzeczoną. To jednak nie koniec atrakcji, jako że Campania płynie prosto na górę lodową, zaś na pokładzie pojawia się największa zmora Sebastiana.

O ile tom poprzedni był zaledwie przystawką dla fanów krwawych akcji z udziałem zombie, o tyle ten jest już daniem głównym, gdyż rubinowa posoka zalewa pokład statku, a ludzie umierają w męczarniach pożerani przez bezmyślne ożywione zwłoki. Naturalnie także zombie są licznie eliminowane przez garstkę co lepiej wyszkolonych jednostek, do których z pewnością warto zaliczyć naszego kamerdynera. Albowiem trafi nam się także okazja by rzucić okiem na istny taniec śmierci w wykonaniu Sebastiana. Prawdę mówiąc, dwunasty tom Kuroshitsuji należy chyba do najbardziej krwawych spośród wszystkich dotychczas wydanych, jako że tym razem wszelka brutalność nie wynika z szaleństwa, lojalności czy wdzięczności, jak miało to miejsce wcześniej, ale z czystej bezmyślności, której nie sposób nawet nazwać instynktem. Ta część serii naprawdę wymownie oddaje istotę istnienia zombie.

Nie ma wątpliwości, iż przy okazji tworzenia tego tomu Yana Toboso nawiązała bliską znajomość ze znanym każdemu, w mniejszym lub większym stopniu, filmem Titanic. Autorka bardzo wyraźnie podkreśla pewne wspólne dla filmu oraz tego epizodu mangi elementy – góra lodowa, rzut oka na bocianie gniazdo, panika ludzi z niższych pokładów pragnących wydostać się na górę, a nawet „romantyczna” scena na dziobie statku w wykonaniu wiadomego, odzianego na czerwono Żniwiarza oraz Ronalda. Cóż, w starciu między filmem, a mangą, Kuroshitsuji zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie i bije na głowę romansidło z Leonardo DiCaprio. W tej chwili aż chce się zacytować fragment serialu Supernatural:

Dean: Why did you un-sink the ship?
Balthazar: Oh, because I hated the movie.
Dean: What movie?
Balthazar: Exactly!

Pośród hektolitrów ludzkiej i trupiej krwi wylanych w tym tomie, autorka nie zapomniała o odrobinie szlachetnych uniesień i odwagi. Ciel prezentuje się nam jako wątły, ale niezwykle odważny rycerzyk, który za wszelką cenę pragnie dotrzymać obietnicy i chronić swoją uroczą narzeczoną, nawet jeśli wymaga to lekko brutalnych środków polegających na zdzieraniu z biedaczki ubrania. Niestety, szlachetna pobudki to za mało by wygrać przeciwko całej chordzie trupów. Sytuacja jest więc opłakana, a serce zatrzymuje się w piersi. I właśnie w tym momencie autorka postawiła na zaskoczenie. Ja na pewno nie spodziewałam się, że nasza zawsze niewinna i dziecinna Lizzie jest kimś więcej, niż tylko słodką upierdliwością na głowie Ciela.

Tak więc, dwunasty tom Kuroshitsuji na pewno rekompensuje czytelnikowi słabszą poprzednią część i wnosi do mangi interesujący element nowości, jaki widzimy w ostatniej scenie. Osobiście jestem wielką zwolenniczką zmiany, jaka wtedy zaszła, zaś pewna uciążliwa osóbka zyskała wiele w moich oczach. Nigdy bym nie pomyślała, że zachowanie Lizzie wypływa po prostu z miłości do Ciela, nie zaś z wrodzonej dziecinności. Poza tym, zadowoleni powinni być także miłośnicy Grella, który wraca po długim czasie nieobecności i wcale się nie zmienił. Oj, robi się ciekawie.

wtorek, 22 października 2013

Kuroshitsuji vol. 11 - Yana Toboso




Tytuł: Kuroshitsuji vol. 11
Autor:Yana Toboso
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 194
Ocena: 4+/6




Skoro nie jest już tajemnicą, że Sebastian Michaelis żyje i ma się świetnie, nadszedł czas na szczegółowe wyjaśnienia, które na pewno należą się ciekawskiemu i niezwykle domyślnemu debiutującemu pisarzowi oraz samym czytelnikom. Tak się, bowiem składa, że za dokonanymi w posiadłości Phantomhive morderstwami stoi osoba, której wina może zaskakiwać, zaś obecność nie jest jednoznaczna. Bo czy można winić nóż za to, że wbija się w ciało? Czyż winą nie powinno obarczać się osoby dzierżącej narzędzie zbrodni? W tym wypadku polecenie wydano jednak u samego szczytu tego angielskiego „łańcucha pokarmowego”, a tym samym pojęcie sprawiedliwości nie ma z tą sprawą nic wspólnego.
Niestety, nie ma co liczyć na chwilę spokoju. Sabastian ledwie zdążył w „cudowny sposób” zmartwychwstać i wydostać się cały i zdrów ze swojego grobu, a już ma pełne ręce roboty. Londyn obiega informacja o przywracaniu do życia zmarłych. Jak widać, nasz kamerdyner nie był wcale taki oryginalny, jak początkowo mogło się wydawać, zaś Pies Królowej musi trochę powęszyć.

Jedenasty tom mangi Kuroshitsuji jest mostem, który łączy ze sobą nie tylko koniec epizodu cluedo oraz początek zupełnie innego, ale również dobrze wpisuje się w wiktoriański klimat tego tytułu oraz współczesne zamiłowanie do bardzo wyjątkowego, chociaż niezrozumiałego dla mnie szału na zombie. Zacznijmy jednak od początku.

Tym razem autorka pozwala nam spojrzeć na Sebastiana pod zupełnie innym kontem. Choć w dalszym ciągu niezmordowany i perfekcyjny, nasz demoniczny kamerdyner obnaża przed czytelnikiem kawałek siebie. Widzimy, bowiem jak wyłazi ze skóry by doprowadzić do końca sprawę morderstw popełnianych w posiadłości, stara się wodzić za nos wszystkich w około, ulega słabości do kotów, a jednocześnie wypełnia polecenia swojego pana. Niepokonany demon niejednokrotnie był o włos od klęski. To interesujące, gdyż pozwala wierzyć, że w pewnym momencie nawet jemu może podwinąć się noga, jeśli taka będzie wola autorki.

Yana Toboso wprowadza także „nową, ale starą” postać, która najprawdopodobniej będzie towarzyszyć Cielowi przez najbliższe tomy. Ten niebezpieczny, ale naprawdę rozkoszny i niewinny bohater z całą pewnością ubarwia jedenasty tom i sprawia, że młody panicz Phantomhive wydaje się zdecydowanie bardziej uczuciowy niż dotychczas. Niemniej jednak, cała ta relacja pomiędzy Cielem, a jego nowym lokajem oparta jest kłamstwie. Czy na takim niepewnym fundamencie uda się zbudować przyjaźń, która przetrwałaby ujawnienie prawdy? Tego na pewno chciałabym się dowiedzieć.

W tym miejscu warto także wspomnieć o rodzinie Midfordów, jako że rodzice oraz brat Lizzy to zaskakująca mieszanka. Tego raczej nikt się nie spodziewał, a szczęka sama opada, kiedy ma się z nimi do czynienia. Nie da się zaprzeczyć, iż energii i charakteru im nie brakuje, a Ciel zasłużył na odrobinę cierpienia w ich towarzystwie.

Co się zaś tyczy nowego epizodu, który mamy okazję liznąć już teraz, jest on połączeniem wspominanego przeze mnie motywu zombie oraz Frankensteina. Nie chodzi tu jedynie o szwy widoczne na ciałach zmarłych, które jednoznacznie przypominają nam o ekranizacjach powieści Mary Shelly, ale o sam motyw pobudzania ciała do życia elektrycznością, który jest ściśle związany z epoką, w jakiej rozgrywa się nasza historia, jak również z samą powieścią. Albowiem wnikliwy czytelnik na pewno dostrzeże we Frankensteinie mniejsze, bądź większe podpowiedzi dotyczące sposobu, w jaki ożywiono mściwego, samotnego potwora. Niemniej jednak, w przypadku Kuroshitsuji nie możemy raczej mówić o inteligencji żywych trupów.

Kilka słów podsumowania. Jedenasty tom Kuroshitsuji bez wątpienia jest interesujący i niezbędny, momentami słodki oraz zabawny, jednak na tle poprzednich wypada tylko dobrze. Może wiąże się to z nazbyt szybkim rozpoczęciem nowej przygody, a może z czymś zupełnie innym – ciężko powiedzieć. Nie zmienia to jednak faktu, że mangę pani Toboso darzę szczerą sympatią i zamierzam być jej wierną do samego końca – kiedykolwiek on nastąpi.