wtorek, 22 października 2013

Kuroshitsuji vol. 11 - Yana Toboso




Tytuł: Kuroshitsuji vol. 11
Autor:Yana Toboso
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 194
Ocena: 4+/6




Skoro nie jest już tajemnicą, że Sebastian Michaelis żyje i ma się świetnie, nadszedł czas na szczegółowe wyjaśnienia, które na pewno należą się ciekawskiemu i niezwykle domyślnemu debiutującemu pisarzowi oraz samym czytelnikom. Tak się, bowiem składa, że za dokonanymi w posiadłości Phantomhive morderstwami stoi osoba, której wina może zaskakiwać, zaś obecność nie jest jednoznaczna. Bo czy można winić nóż za to, że wbija się w ciało? Czyż winą nie powinno obarczać się osoby dzierżącej narzędzie zbrodni? W tym wypadku polecenie wydano jednak u samego szczytu tego angielskiego „łańcucha pokarmowego”, a tym samym pojęcie sprawiedliwości nie ma z tą sprawą nic wspólnego.
Niestety, nie ma co liczyć na chwilę spokoju. Sabastian ledwie zdążył w „cudowny sposób” zmartwychwstać i wydostać się cały i zdrów ze swojego grobu, a już ma pełne ręce roboty. Londyn obiega informacja o przywracaniu do życia zmarłych. Jak widać, nasz kamerdyner nie był wcale taki oryginalny, jak początkowo mogło się wydawać, zaś Pies Królowej musi trochę powęszyć.

Jedenasty tom mangi Kuroshitsuji jest mostem, który łączy ze sobą nie tylko koniec epizodu cluedo oraz początek zupełnie innego, ale również dobrze wpisuje się w wiktoriański klimat tego tytułu oraz współczesne zamiłowanie do bardzo wyjątkowego, chociaż niezrozumiałego dla mnie szału na zombie. Zacznijmy jednak od początku.

Tym razem autorka pozwala nam spojrzeć na Sebastiana pod zupełnie innym kontem. Choć w dalszym ciągu niezmordowany i perfekcyjny, nasz demoniczny kamerdyner obnaża przed czytelnikiem kawałek siebie. Widzimy, bowiem jak wyłazi ze skóry by doprowadzić do końca sprawę morderstw popełnianych w posiadłości, stara się wodzić za nos wszystkich w około, ulega słabości do kotów, a jednocześnie wypełnia polecenia swojego pana. Niepokonany demon niejednokrotnie był o włos od klęski. To interesujące, gdyż pozwala wierzyć, że w pewnym momencie nawet jemu może podwinąć się noga, jeśli taka będzie wola autorki.

Yana Toboso wprowadza także „nową, ale starą” postać, która najprawdopodobniej będzie towarzyszyć Cielowi przez najbliższe tomy. Ten niebezpieczny, ale naprawdę rozkoszny i niewinny bohater z całą pewnością ubarwia jedenasty tom i sprawia, że młody panicz Phantomhive wydaje się zdecydowanie bardziej uczuciowy niż dotychczas. Niemniej jednak, cała ta relacja pomiędzy Cielem, a jego nowym lokajem oparta jest kłamstwie. Czy na takim niepewnym fundamencie uda się zbudować przyjaźń, która przetrwałaby ujawnienie prawdy? Tego na pewno chciałabym się dowiedzieć.

W tym miejscu warto także wspomnieć o rodzinie Midfordów, jako że rodzice oraz brat Lizzy to zaskakująca mieszanka. Tego raczej nikt się nie spodziewał, a szczęka sama opada, kiedy ma się z nimi do czynienia. Nie da się zaprzeczyć, iż energii i charakteru im nie brakuje, a Ciel zasłużył na odrobinę cierpienia w ich towarzystwie.

Co się zaś tyczy nowego epizodu, który mamy okazję liznąć już teraz, jest on połączeniem wspominanego przeze mnie motywu zombie oraz Frankensteina. Nie chodzi tu jedynie o szwy widoczne na ciałach zmarłych, które jednoznacznie przypominają nam o ekranizacjach powieści Mary Shelly, ale o sam motyw pobudzania ciała do życia elektrycznością, który jest ściśle związany z epoką, w jakiej rozgrywa się nasza historia, jak również z samą powieścią. Albowiem wnikliwy czytelnik na pewno dostrzeże we Frankensteinie mniejsze, bądź większe podpowiedzi dotyczące sposobu, w jaki ożywiono mściwego, samotnego potwora. Niemniej jednak, w przypadku Kuroshitsuji nie możemy raczej mówić o inteligencji żywych trupów.

Kilka słów podsumowania. Jedenasty tom Kuroshitsuji bez wątpienia jest interesujący i niezbędny, momentami słodki oraz zabawny, jednak na tle poprzednich wypada tylko dobrze. Może wiąże się to z nazbyt szybkim rozpoczęciem nowej przygody, a może z czymś zupełnie innym – ciężko powiedzieć. Nie zmienia to jednak faktu, że mangę pani Toboso darzę szczerą sympatią i zamierzam być jej wierną do samego końca – kiedykolwiek on nastąpi.

1 komentarz:

  1. Jakkolwiek by na to nie spojrzeć, chyba każdy tomik (nawet słabszy) jest ponad anime, które przecież nie jest złe... Tak mi przyszło teraz do głowy.

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za zostawienie po sobie śladu!