wtorek, 13 sierpnia 2013

Skald. Karmiciel Kruków - Łukasz Malinowski




Tytuł: Skald. Karmiciel Kruków
Autor: Łukasz Malinowski
Wydawca: Instytut Wydawniczy ERICA
Ilość stron: 420
Ocena: +4/6







Ainar Skald to niezwykle utalentowany pieśniarz biegły nie tylko we władaniu językiem, ale również bronią, co niejednokrotnie ma okazję udowodnić. Uciekając przed depczącym mu po piętach Haraldem Hakonssonem – chcącym zemścić się za śmierć synów i zbezczeszczenie czci córki – układa się z przeciętnie inteligentnym Erlingiem Eysteinssonem, którego postanawia wykorzystać dla osiągnięcia swoich celów. Za sprawą Ainara krew dzielnych wojowników leje się naprawdę obficie, co zmusza pieśniarza do ucieczki na Wsypę Lodów, gdzie spędza pewien czas na próżniactwie i pomaga w pozbyciu się żądnego zemsty drauga. Ucieczka mężczyzny przed mało chwalebną przeszłością nie kończy się jednak w tym miejscu, jako że Skald zaszywa się także na Wyspie Irów w pozornie spokojnym męskim klasztorze. Niestety, nieszczęścia zdają się kroczyć za nim krok w krok i także tutaj nie może zaznać odpoczynku, albowiem w klasztorze giną mnisi, zaś jemu ktoś podrzuca trzyletnią dziewczynkę nieubłaganie uważającą go za swojego ojca. Czy obecność dziecka może mieć coś wspólnego z Czarnowłosą zjawą nawiedzającą mężczyzn we śnie i na jawie? I czy to ta jakże ulotna nieznajoma kobieta zabija swoich kochanków?

Prawdę mówiąc, Skald. Karmiciel Kruków to powieść, której na samym początku trochę się przestraszyłam, jako że nie spodziewałam się takiego natłoku obcego słownictwa, które zawsze utrudnia czytanie i wprowadza pewne zamieszanie. Oczywiście, należy potraktować to jako cenną lekcję przybliżającą nam dawną Skandynawię, jej język i elementy kulturowe, jednakże czytelnik musi również uzbroić się w cierpliwość i dzielnie przebrnąć przez pierwsze kilkadziesiąt stron. Im dalej posuwamy się jednak w lekturze, tym płynniejszy wydaje się nam styl autora, z tym większą łatwością wczuwamy się w klimat powieści. Tak więc, w pewnym momencie możemy całkowicie poddać się fali przygody, kiedy pozbywamy się tego, co w mniejszym, bądź większym stopniu irytuje w pierwszym rozdziale.

Trochę bardziej rozwlekłym, chociaż nadal drobnym minusem powieści jest waga, jaką autor przykłada do pieśni tworzonych przez głównego bohatera. Od czasu do czasu mamy okazję poznać wzbogacone o fachowe nazewnictwo sposoby sklecania pieśni, na które niezainteresowany tematem czytelnik machnie ręką, a nad którymi z chęcią tu, czy tam rozwodzić się będzie Ainar. Nazwijcie mnie ignorantem, ale prawdę mówiąc nie wiem, czym tak naprawdę zachwyca się nasz ekscentryczny pieśniarz i wydaje mi się to trochę nazbyt pompatyczne. Niemniej jednak, z powodzeniem można przymknąć na to oko, jako że taki już urok Ainara Skalda, a przecież każdy ma jakieś zboczenie, więc dlaczego on miałby być go pozbawiony?

Bardzo ciekawym, chociaż ryzykowanym posunięciem było odniesienie się w powieści do mało popularnego oblicza dawnej religii skandynawskiej. O ile znacznej większości osób wikingowie zawsze kojarzyć się będą z Odynem i Thorem, o tyle pan Łukasz Malinowski postanowił otworzyć nam oczy i pokazać, że nawet pogańskie wierzenia Skandynawów miały naprawdę wiele imion. Tym bardziej interesujący jest więc drobny dodatek na końcu książki, który odnosi się do wierzeń dawnych ludów skandynawskich. A skoro w temacie religii jesteśmy. Wbrew pozorom, zdecydowanie większa część powieści porusza temat chrześcijaństwa, z którym mamy do czynienia już od pierwszej strony, gdzie natykamy się na prawiącego kazanie mnicha. Do tej konkretnej religii powracamy także przy okazji obszernego epizodu rozgrywającego się w klasztorze, gdzie zauważamy zarówno niedorzeczne oblicze chrześcijaństwa, jak i jego świętobliwą twarz pokutującego męczennika. Jednym pogaństwo i chrześcijaństwo pasować będą do siebie jak pięść do oka, inni z pewnością uznają, iż nie sposób pisać o wikingach i nie poruszyć tematu coraz powszechniejszych wierzeń monoteistycznych. W tym temacie ocenę pozostawiam Wam.

I w końcu, największy plus książki, czyli fakt, iż autor uchylił delikatnie drzwi tajemnicy życia po śmierci. Otóż jesteśmy świadkami stosunkowo krótkiego wydarzenia z pośmiertnego życia Ainara Skalda, które okazuje się zdecydowanie szczęśliwsze, niż to ziemskie. Piwo, kobiety, walka i nieśmiertelność – czegóż chcieć więcej? Jak widać, chrześcijańskie piekło nie wyciągnęło swoich ognistych macek po duszę tego dzielnego wojownika. Równie interesujący okazał się motyw drauga będącego chodzącym trupem w zaawansowanym stadium rozkładu. Powiem szczerze, nie spodziewałam się tego, że naszemu bohaterowi przyjdzie walczyć z istotą, którą my nazwalibyśmy po prostu zombie, a jednak autor odważnie wchodzi na ścieżkę folkloru, który w jego powieści jest równie żywy, co nasz dzielny Skald. Także historia zatytułowana Wielość i Jedność stanowi nie lada gratkę dla czytelnika lubującego się w nutce paranormalnego klimatu oraz niebezpiecznych zagadkach z trupem w tle.

Podsumowując, Skald. Karmiciel Kruków to powieść, która mimo niepewnego początku naprawdę wciąga. Jej lektura sprawia przyjemność, niejednokrotnie wywołuje na twarzy uśmiech, a przede wszystkim zapewnia rozrywkę, której ulega się z rozkoszą. Wierzcie mi, warto przymknąć oko na początkowe niedociągnięcia pierwszej opowieści by później odczuć satysfakcję przy okazji kolejnych historii.

3 komentarze:

  1. Mam, bo lubię takie powieści, ale jeszcze się nie zabrałam.Historie o Wikingach są moimi ulubionymi ostatnimi czasy:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmmm z jednej strony brzmi w miarę ciekawie, ale jakoś nie jestem przekonana, żeby po nią sięgać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Obce słowa, skandynawskie odnośniki, rozwlekanie... No nie wiem czy na pewno to takie 'drobne' minusy. Nie potrafię niestety przymknąć na nie oka :/ Czekam na kolejną recenzję Kuroshitsuji :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za zostawienie po sobie śladu!